poniedziałek, 15 grudnia 2014

#9 - 'Cause I don't care...and it feels so fuckin' good to say, I swear...that I don't care

In unloving memory of this screwed up relationship
WINTER 2013 - FALL 2014





02/13/14 - "Moglibyśmy"


"Moglibyśmy zamieszkać razem w Wielkim Jabłku, gdzie mimo kłopotów, wciąż szczypalibyśmy się nawzajem, starając się wybudzić się ze snu, którym byłoby nasze życie.
Co roku swoją obecnością zaszczycalibyśmy najróżniejsze wydarzenia śmietanki artystycznego środowiska, w tym budynek Lincoln Center. Gdzie na backstage'u trzymając Twoją dłoń i opierając brodę na Twym ramieniu, podziwiałbym efekty Twojej pracy. Nawet po dekadach wszyscy przyglądaliby nam się zachodząc w głowę : „Jak oni to robią?”. Bo byliby przekonani, tak jak i ja obawiałbym się nocami, że wymienisz mnie na młodszy model. Ale do tego by nie doszło, bo byłbym Twoją podporą – czymś czego oni nie byliby w stanie pojąć.
W naszym letnim domku zarywałbyś całe noce, jak to masz w zwyczaju, pracując nad kolejną kolekcją. A ja ze spokojem ducha rejestrowałbym każdą sekundę twojego procesu twórczego, tylko po to, żeby na starość sprezentować Ci ostateczne dzieło, bo biograficzne. Ty zaś czując się odrobinę zaniedbanym przeze mnie nieustannie odciągałbyś mnie od mojego pisania, szepcząc mi do ucha. Podczas gdy rzeczywiście bym Cię zaniedbywał, wyjeżdżając w interesach, wisiałbym z Tobą na słuchawce przez całą noc, wsłuchując się w Twój płytki oddech i czując niekomfortowe kłucie w sercu.
Byłbyś dla mnie niekończącym się źródłem inspiracji, po prostu będąc tym co mnie do Ciebie od samego początku ciągnęło - sobą. Miałbyś w zwyczaju wchodzić mi w słowo w trakcie rozmów na poważne tematy, co doprowadzałoby mnie do furii, jednak zawsze znalazłbyś sposób żeby mnie jakoś ugładzić.
A po wypełnieniu wszelkich bieżących obowiązków, z dnia na dzień, jak gdyby nigdy nic, wymykalibyśmy się na spontaniczne wakacje w najdalsze zakątki świata, będąc cichymi obserwatorami rzeczywistości i aktywnymi obserwatorami kultury.
Po powrocie przytłaczałby mnie nawał obowiązków i dusiłbym to w sobie...a Ty uspokajałbyś mnie bez słów, dając mi niezmierzone pokłady energii, bez których nie wytrwałbym w dążeniu do moich zawodowych celów.
Nocami, w trakcie których starałbym się zaznać odrobiny snu, budziłbyś mnie, chcąc się ze mną kochać. Rankami tak samo. A ja wcale nie miałbym Ci tego za złe. Wręcz przeciwnie, te poranki z Tobą byłyby dla mnie wystarczającą motywacją, ażeby przetrwać każdy kolejny ciężki dzień, nawet jeśli miałbym wyglądać niczym chodząca zmora.
Moje nozdrza natychmiastowo rozszerzałyby się w reakcji na zapach Twego ciała w pobliżu. Pieściłbym Twoją szyję, zatapiając w niej swoje zęby niczym w soczystej brzoskwini. Ty dosyć niepewnie i delikatnie podgryzałbyś płatki moich uszu, jak gdyby miałaby spotkać Cię za to jakaś kara. Ja zaś miałbym w zwyczaju wtedy przyciskać Twoją głowę prosząc o więcej, tylko po to, żeby potem siłą odchylić ją ku sufitowi, podczas gdy dokładnie badałbym szlak lekko słonych włosów na Twym podbrzuszu.
Na mój znak przerywałbyś mi nudne spotkania biznesowe tylko po to, żeby kochać się ze mną na biurku. Tak samo ja podczas rodzinnych świąt rozbierałbym Cię wzrokiem.
Zaś przed każdą aukcją charytatywną wiązałbym Ci starannie krawat, tylko po to żeby później go zasupłać i w pośpiechu zdjąć Ci go przez głowę w windzie budynku instytucji organizującej dany event. Kochalibyśmy się wszędzie gdzie się tylko da, niczym zwierzęta które w nas tkwią i są podłożem naszego paradoksalnie ludzkiego usposobienia.
W piątkowe letnie wieczory wraz z naszymi znajomymi na tarasie popijalibyśmy wino z naszej własnej winiarni, dyskutując o sztuce i polityce przy dźwiękach islandzkich i francuskich artystów. Zaś w weekendy fundowałbym nam całe spektrum nietypowych rozrywek, zaczynając od zajęć dogi, idąc przez wspólne lekcje gotowania, na kreatywnej re-dekoracji mieszkania kończąc. Wiosną zaś jeździlibyśmy do Anglii.
Na Walentynki kupiłbym Ci książkę na temat seksu tantrycznego, mimo że niekoniecznie są to moje klimaty. Zaś na urodziny zamówiłbym Ci najdroższy i najsłodszy tort z możliwych, tylko po to, żeby móc Cię nim ubrudzić, a później go z Ciebie zlizać, biorąc Cię na blacie kuchennym.
W deszczowe popołudnia trzymałbym parasol nad Twą głową. A w chłodne jesienne poranki okrywałbym Cię swoim płaszczem.
Zdarzałoby nam się nieprzyzwoicie upijać w brooklyńskich barach tylko po to, żeby w drodze do domu pokłócić się o jakąś drobnostkę...i wrócić oddzielnie. Jednak i tak jedno czekałoby na drugie na schodach z sercem na dłoni.
Spełniałbym każdą Twoją zachciankę i co dziennie uświadamiałbym Ci jak bardzo Cię potrzebuję i jak wiele dla mnie znaczysz, co nie powstrzymałoby Cię jednak od urządzania mi zupełnie bezpodstawnych scen zazdrości. Bo każdego dnia chłonąłbym Cię całym sobą, niczym narkotyk, wciąż nie mogąc się Tobą nasycić...Także dlatego na nasze przyjęcie rocznicowe sprowadziłbym Tori, obserwując jak cieszysz się niczym dziecko, choć dawno nim już przestałeś być.
Zupełnie bez okazji kupowałbym Ci Twoje ulubione kwiaty i zostawiał Ci wiadomości na karteczkach samoprzylepnych. W wieczory, które byłbym pierwszy w domu przygotowywałbym Ci wystawne kolacje. Po każdym męczącym dniu masowałbym Ci plecy i przygotowywał gorącą kąpiel.

I każdego poranka gdy na skraju łóżka stykałyby się nasze stopy zastanawiałbym się nad tym jak mogę być takim szczęściarzem."

Zapewne mógłbym...ale na pewno nie z Tobą. I szczerze mówiąc? Miałeś rację -- wyszło mi to na dłuższą metę na dobre. Spaliłbym się na Tobie...i tak, zasługuję na kogoś lepszego. Czasem dobrze prawiłeś.

xoxo,
A.

czwartek, 1 maja 2014

#8 shattering sea

Minął miesiąc od naszej ostatniej rozmowy. Takiej odpowiedniej, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dni niezauważalnie i nieubłagalnie przeciekają mi prze palce, podczas gdy Ciebie nie ma. A ja siedzę i obsesyjnie myślę, wypełniam je, wypełniam pustkę po Tobie, różnymi egzystencjalnymi problemami. Czuje się jak jakiś odmieniec…chociaż na dobrą sprawę na co dzień nim jestem, a gdy jedyną rzeczą, która mi została są rozmyślania, to tym bardziej przemykam po brzegu tego padołu, brodzę po nim. Czuję się bardziej odseparowany niż zwykle, od rzeczywistości i od ludzi, którzy byliby w stanie pojąć twory mojej poplątanej sieci neuronów. Tej samej sieci, którą Ty starałeś się z niemałym sukcesem zgłębić.

Nie wiem, które dni były najgorsze, bo już nawet nie zauważam różnicy, nurzam się w tych negatywnych emocjach. Wygrzebuję się z łóżka jak mi się żywnie podoba, czy to w porze obiadowej czy po zmroku…a wzór zachowań jest niemalże identyczny. Siadam przed komputerem i puszczam te smętne kawałki wypalając parę papierosów i gapiąc się bezczynnie w monitor. Później idę pod prysznic, pod którym, dla swoistego ukojenia nerwów, siadam podciągając nogi do brody…i wracam do rutyny muzyczno-nikotynowej. Wypalam pewnie co najmniej 150% normy, czując jak wszystko mi dymem przesiąka…gardło rzecz jasna najbardziej, zaraz potem skóra, włosy i ubrania. W międzyczasie prowadzę jakieś nieznaczące dialogi z dalekimi znajomymi, bez większego wrażenia obserwując zmieniające się za oknem kolory. Podczas gdy staram się przeniknąć do tego co może siedzieć w głębi Twojego pokręconego umysłu, jedna rzecz przykuwa moją uwagę – wahania pogody. Tak bliskie w swej naturze wahaniom nastrojów. Wiatr się zrywa, chmury nadciągają i z nieboskłonu spadają kropelki wody, które teoretycznie mają przynieść oczyszczenie…a chwilę później chmury zostają rozwiane i nieboskłon za sprawą słońca się rozjaśnia. Wtedy przygryzam wargę i w głębi duszy życzę sobie, aby podobne zjawisko zaszło między nami…żeby słońce powróciło. Później zapada zmrok i na jakąś chwilę spoczywam na szorstkich deskach, których powierzchowne zimno totalnie umyka mojej świadomości, jako że wypełnia mnie jego inny rodzaj – wewnętrzny. Zaczynam bawić się palcami i dotykam swojej coraz bardziej wysuszonej twarzy, czując wszechogarniającą niepewność ze zdwojoną siłą. Wracam jeszcze na chwilę do komputera, a potem ciągnę stopy ku swojemu łóżku, gdzie nakrywając się po głowę kołdrą, opuszkami badam wystające żebra i biodra, zdając sobie sprawę z tego jak niknę w oczach z tych wszystkich nerwów. Wkładam słuchawki do uszu i zgrzytając zębami, staram się za wszelką cenę na chwilę odgonić wszelkie myśli…Co nawet, jak na ironię, podczas gdy miotam się w fazie REM, szerzej znanej jako stan półświadomości, nijak mi się udaje. Aczkolwiek te senne słowa umykające zasięgowi moich palców są bardzo wysublimowane, stymulują mój umysł…a wszystko znów za Twoją sprawą, chociaż w odróżnieniu od tych grudniowych są one raczej bardziej przepełnione goryczą, niż nadzieją.

Każdego dnia wyglądam Twojej wiadomości, czując coraz to większy niewidzialny ciężar na swojej klatce piersiowej, i nadmiernie wszystko w tą i z powrotem analizuję. W wolnym czasie, zapewne z melancholijnej tęsknoty, powracam do czytania niektórych z tych ostatnich miesięcy. Od czasu do czasu czytam też Twoje dawne wpisy, które tak głęboko mnie poruszyły na początkach naszej znajomości, starając się zrozumieć Twoje postępowanie.

Jednego ranka (jakieś dwa tygodnie temu)nawet mi się (po raz pierwszy) przyśniłeś…i Twój korpus był przerażająco wyraźny, w odróżnieniu od tego z moich świadomych wizji…W każdym razie, przyszedłeś do mnie. Odziany tylko w (chyba) ręcznik w (paradoksalnie) śnieżnobiałym kolorze. Nachyliłeś się nade mną, przenosząc ciężar z nogi na nogę i kucając, po czym złapałeś delikatnie moją twarz za żuchwę, starając się zwrócić moją uwagę. Spojrzałeś mi w oczy, podczas gdy z Twoich wyzierało szczere przywiązanie i zmartwienie, po czym uśmiechając się ironicznie rzuciłeś coś na wzór „Jak mogłeś się przywiązać?”. Potem z całej siły przycisnąłeś mnie do swojej klatki piersiowej w objęciu i jak gdyby nigdy nic odszedłeś.

Jak widać mogłem…i się przywiązałem, stałeś się dla mnie naprawdę bliski. Pytanie tylko czy to wszystko potoczyło się za szybko…Czy może właśnie zbyt wolno…Czy może zbyt długo zwlekałem? Nie mam bladego pojęcia. Wiem jednak, że wszedłem w tą relację ze sztormem emocjonalnym zwanym też ‘gnojem’ z otwartymi oczami…wiedząc, że z Tobą nigdy nic nie jest proste. Nie wiem co będzie z nami. Wróć, nie wiem co będzie ze mną i z Tobą. (‘Z nami’ brzmi jakoś tak nienaturalnie.) Wiem za to, że moje odczucia się nie zmieniły i nie mam zamiaru tak po prostu bez walki się poddać, pozwolić temu statkowi zatonąć. Raz wstrzymałem się od mieszania Ci w życiu, mając Twoje dobro na względzie…tym razem się nie powstrzymam, zwłaszcza że sam mnie przekonywałeś, że nie powinienem, w momencie gdy miałem irracjonalne (a może jednak nie?) obawy. Jestem gotów walczyć z tymi pieprzonymi myśliwymi, którym pozwoliłeś namieszać między nami, posługując się metaforą z Tori. Już słyszę w swojej głowie Twoją ironiczną odpowiedź. Ale szczerze mówiąc gówno mnie ona obchodzi, bo nie wierzę w to, że tak po prostu wszystko co nas łączyło może być ot tak wymazane przez tą nową relację.

Więc cierpliwie będę czekał na Twój znak…i nie musi być to wcale znak ostateczny, ani pozytywny ani negatywny…Bo ja nie wierzę w rozwiązania ostateczne. Chcę po prostu żebyś szczerze podzielił się ze mną swoimi odczuciami odnośnie naszej relacji (abstrahując od tej nowej, która jak widać Ci ją przysłoniła, wywodząc nas w te burzliwe nieznane wody)…Jeśli okaże się, że się one nie zmieniły, to nie mam zamiaru znów odwlekać mojej wizyty, chcę mieć chociaż szansę udowodnić Ci w namacalny sposób, że nie są to dla mnie jakieś pierdolone przelewki. Chce przejąć te stery. Bo jak widzisz od dłuższego czasu staram się z całych swoich sił. Bo wiem, że warto…mimo wszelkich komplikacji. Chcę żebyś wydusił z siebie cokolwiek. Łaknę Twoich słów niczym ćpun na głodzie.

Mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Zaś ja mówię, że nadzieja umiera, gdy sam pozwolisz wierze odejść. A ja nadal wierzę. Wierzę, że to co nas łączy jest szczere i warte zachodu. Czymkolwiek by to nie było. Więc nie ciągnij mnie w tą morską otchłań i złap to pieprzone koło ratunkowe, a potem pomyślimy co dalej. Jeśli byliśmy w stanie o tym pomyśleć, to powinno być to w zasięgu naszych możliwości, niezależnie od okoliczności. To jest jedyna stała prawda, której mam zamiar się trzymać, może odrobinę natarczywie starając się Ciebie ocucić i prosząc o chociażby chwilowe zacumowanie tego statku w dobrze nam znanym porcie, zanim zdecydujesz się bez mrugnięcia okiem wyruszyć w dalszą podroż…W końcu chyba nie bez kozery sam mi kiedyś obiecałeś, że (innymi słowy) będziesz się starał ten statek pielęgnować. A mój kompas bez Ciebie wariuje. Tyle.


środa, 23 kwietnia 2014

#7 (clipped) wings

Zabawne jak w tak krótkim czasie stan pewnych rzeczy potrafi się diametralnie zmienić. [Ktoś kiedyś powiedział, że największą próbą jest próba czasu…a Ty, sądząc po tym co mi obiecałeś, swojej nie zdałeś, co najmniej raz…] Chociaż nie…nie jest mi wcale do śmiechu. Bynajmniej. Aczkolwiek moje obecne zachowanie jest godne pożałowania. [Sam niedowierzam temu jak bezmyślnie, po raz kolejny, swoiście się przywiązałem.] Można by pomyśleć, że już powinienem się przyzwyczaić do takiego obrotu spraw, w końcu niejednokrotnie to przerabiałem. Tylko, że Ty byłeś ostatnią osobą, po której bym się takiego zachowania spodziewał; sądziłem, że ‘gnojem’ bywasz okazjonalnie…ale nie do tego stopnia.

Przez te ostatnie tygodnie w mojej głowie rezonowała duża ilość Twoich słów, które nagle, jak na ironię w tych okolicznościach, mi się przypominały. Dziwiłeś się jak inni mogli mnie tak traktować…jak widać (wbrew moim pobożnym życzeniom) chyba ich zachowanie nie jest Ci jednak aż tak obce. Stwierdziłeś, że nigdzie się nie wybierasz, że jeśli ma to zależeć od Ciebie, to nasza więź zostanie podtrzymana…podczas gdy jedyną osobą, która stara się ją w jakikolwiek sposób ocalić wydaję się być ostatnimi czasy ja. Co jeszcze bardziej zabawne, nie tak dawno temu podobno to Ty czułeś kłucie zimna w żołądku przez moje zachowanie…to teraz spróbuj sobie wyobrazić jak bardzo mój zmroziłeś, zwłaszcza poprzez niedotrzymanie danego mi zaledwie kilka dni temu słowa.

Tak, Twoje zachowanie, z nieznanych mi przyczyn, zmieniło się diametralnie. [Co do jakichkolwiek ostatecznych osądów – jestem osobą, która odwleka je jak tylko może, zwłaszcza w przypadku ważnych dla mnie osób.] Tu na myśl nasuwa mi się kolejny paradoks : mimo zmiany Twojego nastawienia, moje praktycznie się nie zmieniło…no może poza dodatkiem odrobiny gniewu (także skierowanego na samego siebie). Ale nie dałeś i nadal nie dajesz mi innego wyboru, milcząc i będąc bardziej zdystansowanym niż kiedykolwiek. A nawet ja już w pewnych momentach nie wytrzymuję.

Z każdym dniem podnoszenie się z łóżka staje się ewidentnie coraz cięższym zadaniem…podczas gdy po brzegi wypełnia mnie poczucie zawodu i ogólnej apatii. To tak jak gdyby ktoś (Ty) podciął mi skrzydła…te same skrzydła, które mi nie tak dawno temu przyprawiłeś. Może i brzmi to pretensjonalnie, ale jest to chyba najlepsze możliwe porównanie w obecnych okolicznościach…I o ile w przeszłości nie dawałeś mi powodów, żeby taki stan mi zbytnio doskwierał…to teraz niestety trwa to zbyt długo, a ja…po prostu spadam. Coraz ciężej mi się oddycha, podczas gdy pompa do krwi jest w efekcie tego wszystkiego ciasno wtłoczona w odmęty mojej klatki piersiowej…co ma akurat swoje racjonalne, biologiczne wręcz wytłumaczenie – tzw. nerwobóle. [Tak, tęsknota za Tobą jest tak silna, że przyprawia mnie o ból fizyczny.] Bo przeżywam to wszystko, czując się zgłupiałym jak nigdy.

Przeżywam, bo miałem niemałe pokłady wiary i bliżej nieokreślonej nadziei odnośnie naszej więzi. Przeżywam, bo obiecaliśmy sobie bezgraniczną szczerość i niejednokrotnie wierzyłem w Twoje zapewnienia…a teraz nawet na to nie mogę liczyć, zważywszy na to, że jedynym sygnałem, który od Ciebie od paru tygodni otrzymuję jest cisza radiowa. Jestem zgłupiały, bo sam już nie wiem w co mam wierzyć, nie mając żadnych namacalnych wskazówek od Ciebie. Moja reakcja nie powinna być dla Ciebie zaskoczeniem, jako że doskonale wiedziałeś, iż ciągnie mnie ku Tobie. Niezmiennie, wbrew wszelkiej logice…A na koniec niech wszystko zilustruje prosty i piękny cytat z Ciebie.

„Bo jedyne czego jestem pewien to tego, że chcę Cię mieć w pobliżu. Bądź i nie odchodź za daleko - byś mi się nie zgubił.”

Zgubiłeś się. A przez to ja także. I naiwnie wyczekuję jakiejś zmiany, niczym deszczu w porze suszy. A ja, o ironio, byłem gotów przejechać te kilkaset kilometrów, żeby w końcu się z Tobą zobaczyć. A Ty co robisz? Opuszczasz mnie.


P.S.: Obiecałem sobie, zabierając się do pisania tego wpisu, że będę autentyczny i zwięzły jak tylko się da. Ale jak widać nie dotrzymałem sobie słowa, jeśli chodzi o jedno z tych kryteriów. Najwyraźniej mamy coś ze sobą wspólnego.  

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

#6 what now?

There are only two ways out of it. Either biding goodbye, and learning to live on our own or saying hello, in a manner of speaking, and learning to live with embracing what was supposed to have a shot. A shot in real life...Or the middle-ground with us going back to our dynamics from the turn of the years...Which I would be totally able to handle and come to terms with if you got back with him...But to find someone new? When you promised that I would be the next in line? I probably wouldn't be able to live with that. Maybe it was foolish of me, but I believed you.

Now, the truth is...not everything is lost and it doesn't have to be. As long as it isn't serious, there is a way to work it out, there is still a shot for us. Because, as I now realized, feelings are independent from each other, they don't cancel each other out...feelings for different people. It is possible to feel strongly about two people. Sure, one feeling will always be deeper than the other, the connection between people, shaped by various conditions, and it will, in fact, prevail the other.

And as much as I am sure that your feelings towards me or this new guy will never influence the way that you feel about your ex (that only works one way, forwards) and I would never expect such thing happening....The same goes for this new guy affecting your feelings and attitude towards me. If you felt something for me, then there is no way that this new wave of excitement would be able to make you forget all about it. At least not at this stage, I truly believe that. Which could make things even more complicated for you in the long run, if I'd visit...

And I held back once from complicating your life, but I won't anymore. I want to have a shot at this, at least one shot. For all the months that I sticked around you and grew to care more and more for you, I gained this privilege...To have what I didn't have to begin with -  a fair chance in the fight for your heart, which I still intend on pursuing and which you knew all along. And you shouldn't take it away from me – because, to be honest, you'll never know until you'll find out – and then if you'll feel as if I am too much or not enough...I will have no further objections. I'll leave that decision to you.


I feel like a king of wishful thinking right now...And I do hope that I'm not wrong and that in fact, you won't throw it away like that without the slightest of consideration. Because, as contrived and a bit frightening as it may sound, I am crazy about you. (And that spark that's back in my eye, despite your revelation, only proves that.) And I need to see for myself if those dreams that I held for the last few months hold anything true. And I think you should too. I see no obstacles in the way of that. Hence, you were ready to meet up with me even when you were in a relationship, so it shouldn't be a problem now. Dot.

#5 it's the not knowing that hurts the most.

For the past two weeks I've been living in a place of non-existence. A place hard to find and untangible for the common people. A place defined by the not knowing, weariness and to some extent guilt. A place that can mark your very core if you'll let it. Unfortunately I did. And it was probably more tormenting than anything I've ever experienced with all its complexity and immensity.

Every single morning I opened my eyelids only to stare into a ceiling and feel as if I was unable to move. Because I literally was. Each day this feeling of emptiness consumed me more and more. Yet, I didn't feel empty. I felt...incomplete, as literary geniuses would probably put it.
It felt as if someone had placed a cement bag on my chest. And covered it with more bags ever since. And I couldn't remove them completely, instead I carried them on my shoulders.
My throat felt as if someone wrapped a thousand of invisible hands around it. Then, as you could predict, my heart probably pumped less and less blood, as my face started to become more and more pale and the bags under my eyes became darker and darker and my fingers got more and more bloody from all this worry.
Sometimes the pain, this stinging feeling, migrated to the lower parts of my body, like my stomach, or limbs even. And there was nothing I could do about it.

One day I starved myself, feeling more and more apathic towards everything and anything. Other days, I made a pig of myself, to the oblivion. I guess that was just my way of trying to deal with that heaviness and blurriness that affected my body and soul.

But, obviously it didn't help. Even the coffee lost its taste, without being able to share my days with you in one way or another. My only escape from it all was sleep. So I slept. For a quarter or so, subconsciously feeling more and more helpless. Or for seven hours...and woke up onl to feel more lost than before.

And I didn't want to admit it to myself. I sure as hell didn't want to...but it was inevitable for me to face the truth. It was true. A part of me was missing. A part that you have so graciously shaped in the past few months.

So I often envisioned you coming through the door...either the door of my room or a classroom at the university. Dressed in several garments that seemed to have suited you in the past, with the glasses on your nose and me noticing every single detail about your unearthly body - your cheeks sunken, under the pressure of you grinding your teeth, that little vein pulsing on your forehead, and obviously a black-heart pendant around your neck. I pictured you walking in, glowing, looking better than ever and flashing this shiny smile at me as if nothing has happened. And I was ready to believe that, when 'seeing' you in all your glory. But deep inside I knew. I knew that it wasn't real. I knew that something has happened...and I knew that you wouldn't come.

In my usual pattern of behavior, I went and tried to silence it at least for a minute in the arms of another...But even that didn't help...Not even their shiny smile helped to overshadow what you had brought into my life, before you left so abruptly and left me wondering why....This lightness, weightlessness, a feeling that I could accomplish anything I want....and basically, wholness.

As a result I felt even more paralyzed than ever...dirty, deteriorating, spiralling out of control. Both in my thoughts and actions, body and soul. I felt like a zombie and a lunatic at the same time...And I even tried to convince myself that it was all my fault, that I made it all up in my head, that you didn't care about me to begin with..But as I went through some of our very first and last conversations, I was proved wrong. We both know it. It was real, at one point. Then again, it wasn't so anymore, I guess...

And this distress kept coming in waves...not waves of tears, waves of sickness. And after I've went and tried to numb it it only got worse. It was as if someone put a stake through my heart and I felt that I wouldn't be able to undo what's been done. And I won't be. Because it affected me, as a person...and made me realize that there's no cure to this condition...no cure other than you finally letting me know what the hell is going on. I could handle anything. Anything would be better than the not knowing.

And as I knew less and less and felt as if this untangible rift between us started to become deeper and deeper I pathetically knew more and more within my heart that you are, in fact, the only one who can fill it...at least at the time being.

And now I know. About myself. And about you. Looks like it turned out dramatically different for both of us. I don't know what will happen now. But I am thankful that you put a stop to misery, at least temporarily. 'Cause I was miserable without you. And if it were up to me, I don't want to feel this way ever again. About YOU. Either by letting you go completely or drowning ourselves within this connection that we hopefully still have.



piątek, 4 kwietnia 2014

#4 good vs right

I znów stałem się małym szczeniaczkiem, kotem uganiającym za myszą, pantoflem, pieprzoną Attachment Barbie, ślepą na wszelkie sygnały. Call it whatever you want. Nawet nie wiem jakim cudem to wszystko tak szybko eskalowało, zarówno od racjonalnego wycofanego podejścia sprzed dwóch miesięcy, albo nawet tego powątpiewającego sprzed miesiąca. Dopiero teraz, w sytuacji podbramkowej zaczynam powoli otwierać oczy. Ale jak zwykle, tylko i wyłącznie ja, sam sobie jestem winny tego stanu rzeczy.

Tak, tak, powiedzcie mi wszyscy, że znów Go usprawiedliwiam (jak wszystkie poprzedzające go egzemplarze) – i o ile nawet mnie taka myśl przeszła przez głowę, to szczerze mówiąc nijak się ona ma do rzeczywistości.

Od samego początku wiedziałem w co się pakuję, wiedziałem, że jest mimo wszystko typem samotnika, ba, nawet ostatnio sam stwierdził, że ja chyba ogólnie pragnę bardziej. Już wtedy powinienem był się ocknąć. Ale jakoś wtedy mi to nie przeszkadzało, ba, nawet temu nie przeczyłem. Ale nawet mnie zdarzają się przebłyski logicznego myślenia. Jeden z nich nastąpił dziś, po blisko dwóch dniach kłótni z rodzicami. Będąc ślepo zapatrzonym w ten jakże wadliwy egzemplarz (ale to akurat najmniejsze z moich zmartwień, żaden nie jest bezusterkowy), ewidentnie żyjący przeszłością (może i mam paranoję, może i jestem zazdrosny, ale takie są fakty), jestem gotów odrzucić zagraniczne wojaże pełne przepychu na rzecz hipotetycznego wyjazdu do Niego, który może nawet nie mieć miejsca.

Tu znów nachodzi mnie refleksja innej natury – a może dojrzałem na tyle, że takie atrakcje nie są moim priorytetem? A może właśnie jestem na tyle niedojrzały, że wolę znów włożyć całą swą energię w coś co ma większe szanse na porażkę niż sukces? Sam już nie wiem...W idealnym świecie zdołałbym pogodzić wszystko, za czym postuluję w swoich dyskusjach z rodzicami. Tylko pozostaje pytanie – czy jest sens w ogóle próbować? Kiedy ewidentnie znów poczułem ogień pod tyłkiem, a głowę mam w chmurach...Tu znów powracają moje dywagacje na temat myślenia głową i sercem, które spędzały mi sen z powiek nie tak dawno temu. A co za tym idzie, rozróżnienie między tym co jest z założenia dobre, a tym co jest odpowiednie. Może rzeczywiście czas najwyższy żebym skupił się na sobie...i tylko sobie? Karolina ewidentnie rok temu idealnie trafiła w samo sedno, twierdząc iż za bardzo skupiam się na drugiej osobie...w dodatku wątpliwie na to zasługującej.

Tylko, że prawda jest taka, że z drugiej strony...tak jak już stwierdziłem niedawno, moja osoba zawsze będzie odczuwać o wiele większy żal, jeśli odpuści bez jakiejkolwiek walki, niż jeśli nawet by miała polec w boju. Doskonale wiem, że jeśli bez oglądania się na Niego i w ogóle nie przywoływania wątku mojego możliwego pobytu w Krakowie podczas długiego weekendu, zdecyduję się na wyjazd za granicę...to będzie mi niezmiernie ciężko...i to w dłuższej perspektywie.
Bo potem w konsekwencji właśnie znów, jakąkolwiek możliwą wizytę u Niego znów będę musiał odłożyć co najmniej do lipca, co będzie wymagało pokładów wytrwałości, biorąc pod uwagę fakt, że już od dobrego miesiąca myślę tylko o majówce...Albo co gorsza, jeśli tak jak w wypadku Maćka S. przez to odwlekanie całej sprawy ona się w ogóle nie ziści. Chociaż sądzę, że to akurat jest nieuniknione...

Najzabawniejsze jest to, że w obecnych okolicznościach obudziła się znów moja mściwa, żądna krwi natura. Na chwilę obecną odczuwam nieodpartą potrzebę 'dojebania' mu...żeby w efekcie znalazł się na moim miejscu (jako, że żaden z jego poprzedników tego nie doświadczył, ach, nie ma to jak kumulowany przez lata gniew i żal do płci brzydkiej). Niby w jaki sposób? Ano w taki, iż napomknąłbym mu o moich potencjalnych planach wizyty, tylko po to, żeby stwierdzić, iż są one już nieaktualne. Jestem ciekaw jak On by się wtedy poczuł i co by mi powiedział...Bo ja naprawdę ostatnimi czasy walczę z całych sił, żeby w końcu coś się zmieniło – jednocześnie psując sobie, jak i moim rodzicom nerwy. Jestem pewien, że nawet nie próbowałby mnie powstrzymać, jakkolwiek by to się nie miało na naszej relacji odbić...A ja znów jak ta słodka idiotka z rom-com chciałbym, że by było na odwrót. Gdyby choć w połowie starał się tak jak ja...to ta relacja naprawdę by rozkwitła...No ale przecież nie może być zbyt słodko.

Sam już nie wiem co mam myśleć, wiem jedynie, iż mimo jego zmiennego (w mojej głowie, ze względu na to, iż zachowuje się tak, a nie inaczej) podejścia do całej zaistniałej między nami sytuacji, rozumie mnie On tak jak nikt inny...Jest z zupełnie innej 'ligi' – i nie, nie jest idealny...jest w swojej całej złożoności i pokręceniu właśnie wyjątkowy – trochę taki Twisted Prince of Darkness. W swoim przekonaniu utwierdzam się zwłaszcza w momencie, gdy w takiej sytuacji, gdzie jestem sfrustrowany, takie osoby jak MSN po może stu wymienionych wiadomościach dokonują jakichś pełnych przekonania o swojej racji dogłębnych psychoanaliz mojej osoby, wywołując we mnie rechot wskazujący na to, iż są one co najmniej godne pożałowania.

Wszystkie te myśli i siła, którą na co dzień w walkę o to, a w wyniku walkę ze sobą, oraz z innymi wynikają własnie z mojego przekonania o tym, iż naprawdę jest to wyjątkowa relacja...na dobre i złe (och, zrobiło się tak poetycko, że aż chyba zacznę pisać przysięgę)...i nie chcę odpuścić. Zobaczymy czy będę musiał...i w jakim stopniu.


Czy to już czas na resuscytację? Albo co najmniej na viagrę, stosując tą niecodzienną metaforę Coreya Taylora? No i co do cholery może być tą viagrą, tym game-changerem, którego tak z utęsknieniem wyczekuję...podejrzewam, iż właśnie moja wizyta...Tylko, że w momencie kiedy, tak jak ojciec właściwie zauważył, druga strona się nie pali do doprowadzenia jej do skutku...to mnie też niestety zapał maleje i cały w gniewie ogłaszam w swej głowie kolejną porażkę, znów przekreślając cały rodzaj męski i skłaniam się ku wyborowi użycia rozumu i zwyczajnego korzystania z życia bez zobowiązań jak na mój wiek przystało. Jebany mindfuck i overthinking. Chyba tak zatytułuję swoje pierwsze dzieło, ha.

środa, 5 marca 2014

#3 w sumie dobrze.

w sumie dobrze,
że moje życie
spowite jest
szarą rutyną,
w przeciwnym wypadku
zapewne nie mógłbym
znieść własnych myśli.

w sumie dobrze,
że jesteś fizycznie
tak daleko
ode mnie,
w przeciwnym wypadku
zapewne zwariowałbym
ze szczęścia lub zawodu.

#2 double vision

i znów mam pierdolony dysonans myśli. czy to możliwe, żeby coś co sprawia Ci radość, równocześnie prowadziło do bólu? żeby coś co koi twoje nerwy, jednocześnie na nich brutalnie grało? ewidentnie tak. bywa tak, że właśnie te dobre rzeczy wzbudzają w nas paraliżujący strach, który zaczyna je przyćmiewać. zjawisko to ma pozornie prostą nazwę - wątpliwość. niby nic nowego. ale ostatnimi czasy, chyba jak nigdy, ścierają się we mnie dwie zupełnie odmienne płaszczyzny, tworząc w mojej głowie dźwięk przypominający drapanie paznokciami o tablicę szkolną. w jednym narożniku stoi pragnienie, uformowane przez teraźniejszość, w drugim zaś doświadczenie, uformowane przez przeszłość i wygrać tą walkę ostatecznie może tylko jedno. a ja stoję w tym, jakże dobrze mi znanym, bolesnym szpagacie pomiędzy 'zostaję', a raczej zuchwałym 'nigdy więcej'.

problem w tym, że w tym wypadku nie ma w ogóle znamion tego co znałem wcześniej. ba, już kiedyś (może i trochę przedwcześnie, ale na pewno prawidłowo) stwierdziłem, że myślałem, że tak skomplikowane relacje mają prawo bytu tylko w filmach...ale życie wraz z Twoim wtargnięciem wyprowadziło mnie z błędu. tak samo, aż do dziś myślałem, że tak na pozór abstrakcyjne (czyt. kreowane na siłę) problemy są właśnie przywilejem postaci fikcyjnych. gówno prawda.

wszystko to wynika częściowo z typowego dla mnie zbędnego wybiegania w przyszłość...ale ten strach...i te wątpliwości pojawiły się znienacka, jak większość negatywnych emocji, które zakradają się po cichu do naszej duszy. co prowadzi mnie do powtórzenia mojego wniosku, iż znów cały mój tok myślowy jest nietypowy, jak nasza relacja. czemu? może chociażby dlatego, iż w przeszłości wybiegałem myślami naprzód o co najmniej parę miesięcy w kontekście pozytywnym...i jasne, tym razem też nie obyło się bez cukierkowych wizji naszych interakcji. ale podczas gdy w tamtych relacjach ich negatywny wpływ na moją osobę docierał do mnie zazwyczaj po 'fakcie', balansując na granicy masochizmu, a tutaj...wiadomo. i tu kolejny paradoks! żadnego negatywnego faktu, nieprzyjemnego zdarzenia, związanego z Twoją osobą (póki co) nie było.

no i chyba właśnie z tych, a nie innych powodów wynika mój strach. nie wiem, może zaczynam naprawdę dojrzewać, a może właśnie przekonuję się o tym, że na zawsze dane będzie mi pozostać tzw. 'uszkodzonym dobrem'. ponoć profilaktyka jest najlepszym lekarstwem. ale na co? na to, że to wszystko wydaje się być zbyt dobre, żeby było prawdziwe? najwyraźniej tutaj tkwi cały szkopuł.

nigdy chyba jeszcze nie byłem w takim położeniu, jestem ewidentnie na rozdrożach...na całe szczęście w porę zdałem sobie z tego sprawę. jeszcze jest czas, żeby się wycofać. tylko czy chcę? z pewnością nie. czy powinienem? nie wiem. i tak źle i tak niedobrze. Werterowska dusza daje o sobie po raz kolejny znać. czy nie lepiej oszczędzić sobie złudzeń i w pewnym stopni bólu, kiedy na to jeszcze nie jest za późno? nim zostawisz mnie jak pełen resztek stół. w końcu sam mi powiedziałeś, że to najlepsze z możliwych rozwiązań...tylko, że kontekst tamtej rozmowy był rażąco inny, więc nieodpowiedzialnym zachowaniem byłoby stosowanie się do tych słów w takiej (podbramkowej) sytuacji. za to mogę się do nich w pewnym stopniu odnieść...istotą tamtej rozmowy był kontakt stricte fizyczny. stwierdziłeś, że lepiej prędzej 'wskoczyć' komuś do łóżka, w wyżej wspomnianym celu. i miałeś stuprocentowo rację...paradoksalnie właśnie ten 'numerek' (długo wyczekiwany lub nie) jest najlepszą weryfikacją tego jak silna jest relacja między dwojgiem ludzi. aczkolwiek są też inne formy. każda z nich jednak wymaga bezpośredniego kontaktu. twarzą w twarz, dłonią w dłoń, torsem w tors, niekoniecznie przy zrzuconych ciuchach. problem tkwi w tym, że wciąż rozmyślam nad zdarzeniami hipotetycznymi. bez wątpienia jestem mistrzem snucia różnych scenariuszy...lecz prawda jest taka, że nie dowiem się, dopóki nie przekonam się o tym wszystkim na własnej skórze, nieprawdaż?

zabawnie szalę na stronę 'zostaję' przeważają słowa zasłyszane w Chirurgach niecały tydzień temu. jasne, serial nie powinien dyktować naszego życia...ale scenarzyści mają w rękach cudowną umiejętność malowania słowem. niczym pisarze, którymi na dobrą sprawę oni także są...poza tym, jak już stwierdziłem, rzeczywistość i fikcja, często wbrew pozorom się przenikają. zaś 'głos' jaki twórcy serialu wykreowali dla Meredith Grey jest jedyny w swoim rodzaju - naprawdę szczery i...rozsądny. cóż ta kobieta powiedziała? ano stwierdziła, iż jeśli dokonamy przenikliwego osądu i posłuchamy swoich serc, jesteśmy w stanie (niestety po fakcie) stwierdzić, iż wybraliśmy dobrze i uniknęliśmy najgłębszego i najbardziej bolesnego żalu ze wszystkich - żalu spowodowanego przyłożeniem ręki do tego, że coś wspaniałego nas ominęło.

ja z pewnością taką osobą nie jestem i niejednokrotnie, czy przez czyny, czy swe myśli, utwierdziłem się w przekonaniu, że cokolwiek by się nie działo, należy żyć...żyć tak, żeby za wszelką cenę osiągnąć swoje cele. pozostaje pytanie - czy ten cel jest osiągalny? nie mam zielonego pojęcia. to jeden z odwiecznych dylematów ludzi o mojej wrażliwości - słuchać serca, czy rozumu? w przeszłości za bardzo kierowałem się tym pierwszy, nie patrząc na sytuację racjonalnie (jak widać, powoli się to zmienia)... i nigdy nie wyszedłem na tym dobrze. moje relacje natury romantycznej są jednym wielkim pasmem porażek...i to właśnie przez nie, jak zaznaczyłem na początku, zaczynam patrzeć krytycznie na te nowe. ponadto przez jednego konkretnego osobnika zacząłem mieć poważne problemy z zaufaniem, za co mu bardzo serdecznie dziękuję, pomnik się mu należy. do tego dochodzi wynikające z tych porażek ogólne poczucie niegodności...niegodności prawdziwego uczucia...w momencie, gdy ktoś jest dla mnie tak dobry jak Ty, wręcz nienaturalnie dobry i rozumie mnie jak nikt inny (chyba jest trochę prawdy w tym, że nikt nie zrozumie artysty jak drugi artysta), to poczucie wzrasta...czuję się niegodzien nawet myśli o tym, że mogłoby między nami zaistnieć coś więcej. czy bezpodstawnie? tylko jedna osoba zna odpowiedź na to pytanie. Ty. z dnia na dzień narasta we mnie cynizm dla Twojego traktowania mojej osoby, mimo że powinienem być w siódmym niebie, będąc docenianym i wspieranym przez kogoś, kto jest dla mnie tak niezmiernie wartościową osobą w moim życiu (o czym doskonale wiesz). to nie jest tak, że się nie cieszę...ale przychodzi mi to coraz trudniej, bo nieraz boleśnie przekonałem się o tym, że żyję w bajkowym świecie wytworzonym przez moją wyobraźnię. jestem świadom Twoich wad, o których niejednokrotnie rozprawialiśmy...jednak nie dane było mi ich poznać, co tylko miesza mi w głowie, o czym wczoraj Cię w jak zwykle uroczy, metaforyczny sposób poinformowałem. wniosek z tego wszystkiego jest chyba tylko taki, iż ta relacja, bardziej niż każda inna, potrzebuje czasu. ja potrzebuję czasu, żeby się nad nią zreflektować.

z uwagi na to, że zależy mi także na Twoim szczęściu, wypadałoby także jednak wziąć pod uwagę Twoje odczucia. zwłaszcza w świetle Twoich wczorajszych słów, że Twoje serce jest teraz w fazie ostatnich podrygów i niebawem zaniknie, jak każdy nieużywany organ. na szczęście jesteśmy ze sobą stuprocentowo szczerzy...co nie oznacza, że nie zdarza się nam obu pomijać pewnych kwestii w naszych całonocnych zwierzeniach. jednak chyba nie ma nic dziwnego w tym, że w obecnych okolicznościach nie wyskoczę z jakimś konkretnym pytaniem, wymagającym deklaracji z Twojej strony. zwłaszcza, że ostatnie tygodnie nie były dla Ciebie łatwe...i żeby to wszystko jakkolwiek (niezależnie od natury naszej relacji) funkcjonowało, trzeba mieć na względzie punkt widzenia drugiej strony...pytanie brzmi - czego Ty potrzebujesz? czy w ogóle bierzesz pod uwagę możliwość tego, że będziesz gotów zamknąć się ze mną na powiedzmy dwadzieścia-cztery godziny w jednym pomieszczeniu, o czym niejednokrotnie dywagowaliśmy. ja swoją odpowiedź znam...jednak nie mogę spekulować na temat tego, czy byłoby to korzystne rozwiązanie...bo, jak już powiedziałem, nie dowiem się, dopóki nie spróbuję...a w międzyczasie chyba jedynym co mogę zrobić to przeczekać...aż zarówno moje i twoje chmury (i wątpliwości) się rozwieją...i wszystko, wraz z tym pieprzonym nieboskłonem się rozjaśni.

A.

niedziela, 2 marca 2014

#1 something's (finally) gotta give.

czego sobie życzysz zanim zaśniesz? to wbrew pozorom istotne pytanie.
ostatnimi czasy życzę sobie wielu rzeczy. wielu trywialnych rzeczy, jak chociażby początku lata.
jednak zazwyczaj są to rzeczy większej wagi, rzekłbym, odrobinę abstrakcyjnej natury.
coraz częściej żałuję, iż nie mogę podróżować w czasie. jasne, nikt nie mówi, że za rok czy dwa będzie idealnie...ale mam przeczucie, że będzie lepiej.
dalekosiężnie? pragnę móc wrócić do własnego domu po produktywnie spędzonym, aczkolwiek stresującym dniu...i po prostu móc opowiedzieć o wszystkich zabawnych lub przykrych sytuacjach mojej drugiej połówce. podzielić się z nią moimi żalami, obawami, jak i ekscytującymi ideami. simple as that.
dla niektórych (większości?) może to być rzecz trywialnej natury, ot relaksujący wieczór w ramionach kogoś bliskiego. jednak dla osoby takiej jak ja, która nigdy tego nie zaznała zdaje się to być koncept abstrakcyjny...i bardzo pożądany.
jestem zmęczony. zmęczony tym sztucznym życiem, do którego zasad na co dzień staram się podporządkować. najgorsze jest to, że czuję, iż nie jest ono moje.
z drugiej strony, skoro sam sobie ze sobą momentami nie radzę, to jak ktokolwiek mógłby być w stanie mnie zrozumieć? chociaż podobno nic nie ma prawa się zmaterializować, dopóki w naszej głowie nie zrodzi się pragnienie.
więc trzeba walczyć o swoje i od czasu do czasu zawierzyć innym i mimo poczucia niegodności starać się na co dzień czerpać swoistą siłę z ich słów. za naszą wiarą podąża (czasem wręcz wzmocniona, bardziej ugruntowana) wiara osób trzecich, to nie podlega żadnej wątpliwości.
tylko czym dokładnie to 'swoje' jest i w jakim stopniu zasługujemy na zdobycie tego co spędza nam sen z powiek po nocach?
czas pokaże.
oby prędzej niż później.

A.