w sumie dobrze,
że moje życie
spowite jest
szarą rutyną,
w przeciwnym wypadku
zapewne nie mógłbym
znieść własnych myśli.
w sumie dobrze,
że jesteś fizycznie
tak daleko
ode mnie,
w przeciwnym wypadku
zapewne zwariowałbym
ze szczęścia lub zawodu.
środa, 5 marca 2014
#2 double vision
i znów mam pierdolony dysonans myśli. czy to możliwe, żeby coś co sprawia Ci radość, równocześnie prowadziło do bólu? żeby coś co koi twoje nerwy, jednocześnie na nich brutalnie grało? ewidentnie tak. bywa tak, że właśnie te dobre rzeczy wzbudzają w nas paraliżujący strach, który zaczyna je przyćmiewać. zjawisko to ma pozornie prostą nazwę - wątpliwość. niby nic nowego. ale ostatnimi czasy, chyba jak nigdy, ścierają się we mnie dwie zupełnie odmienne płaszczyzny, tworząc w mojej głowie dźwięk przypominający drapanie paznokciami o tablicę szkolną. w jednym narożniku stoi pragnienie, uformowane przez teraźniejszość, w drugim zaś doświadczenie, uformowane przez przeszłość i wygrać tą walkę ostatecznie może tylko jedno. a ja stoję w tym, jakże dobrze mi znanym, bolesnym szpagacie pomiędzy 'zostaję', a raczej zuchwałym 'nigdy więcej'.
problem w tym, że w tym wypadku nie ma w ogóle znamion tego co znałem wcześniej. ba, już kiedyś (może i trochę przedwcześnie, ale na pewno prawidłowo) stwierdziłem, że myślałem, że tak skomplikowane relacje mają prawo bytu tylko w filmach...ale życie wraz z Twoim wtargnięciem wyprowadziło mnie z błędu. tak samo, aż do dziś myślałem, że tak na pozór abstrakcyjne (czyt. kreowane na siłę) problemy są właśnie przywilejem postaci fikcyjnych. gówno prawda.
wszystko to wynika częściowo z typowego dla mnie zbędnego wybiegania w przyszłość...ale ten strach...i te wątpliwości pojawiły się znienacka, jak większość negatywnych emocji, które zakradają się po cichu do naszej duszy. co prowadzi mnie do powtórzenia mojego wniosku, iż znów cały mój tok myślowy jest nietypowy, jak nasza relacja. czemu? może chociażby dlatego, iż w przeszłości wybiegałem myślami naprzód o co najmniej parę miesięcy w kontekście pozytywnym...i jasne, tym razem też nie obyło się bez cukierkowych wizji naszych interakcji. ale podczas gdy w tamtych relacjach ich negatywny wpływ na moją osobę docierał do mnie zazwyczaj po 'fakcie', balansując na granicy masochizmu, a tutaj...wiadomo. i tu kolejny paradoks! żadnego negatywnego faktu, nieprzyjemnego zdarzenia, związanego z Twoją osobą (póki co) nie było.
no i chyba właśnie z tych, a nie innych powodów wynika mój strach. nie wiem, może zaczynam naprawdę dojrzewać, a może właśnie przekonuję się o tym, że na zawsze dane będzie mi pozostać tzw. 'uszkodzonym dobrem'. ponoć profilaktyka jest najlepszym lekarstwem. ale na co? na to, że to wszystko wydaje się być zbyt dobre, żeby było prawdziwe? najwyraźniej tutaj tkwi cały szkopuł.
nigdy chyba jeszcze nie byłem w takim położeniu, jestem ewidentnie na rozdrożach...na całe szczęście w porę zdałem sobie z tego sprawę. jeszcze jest czas, żeby się wycofać. tylko czy chcę? z pewnością nie. czy powinienem? nie wiem. i tak źle i tak niedobrze. Werterowska dusza daje o sobie po raz kolejny znać. czy nie lepiej oszczędzić sobie złudzeń i w pewnym stopni bólu, kiedy na to jeszcze nie jest za późno? nim zostawisz mnie jak pełen resztek stół. w końcu sam mi powiedziałeś, że to najlepsze z możliwych rozwiązań...tylko, że kontekst tamtej rozmowy był rażąco inny, więc nieodpowiedzialnym zachowaniem byłoby stosowanie się do tych słów w takiej (podbramkowej) sytuacji. za to mogę się do nich w pewnym stopniu odnieść...istotą tamtej rozmowy był kontakt stricte fizyczny. stwierdziłeś, że lepiej prędzej 'wskoczyć' komuś do łóżka, w wyżej wspomnianym celu. i miałeś stuprocentowo rację...paradoksalnie właśnie ten 'numerek' (długo wyczekiwany lub nie) jest najlepszą weryfikacją tego jak silna jest relacja między dwojgiem ludzi. aczkolwiek są też inne formy. każda z nich jednak wymaga bezpośredniego kontaktu. twarzą w twarz, dłonią w dłoń, torsem w tors, niekoniecznie przy zrzuconych ciuchach. problem tkwi w tym, że wciąż rozmyślam nad zdarzeniami hipotetycznymi. bez wątpienia jestem mistrzem snucia różnych scenariuszy...lecz prawda jest taka, że nie dowiem się, dopóki nie przekonam się o tym wszystkim na własnej skórze, nieprawdaż?
zabawnie szalę na stronę 'zostaję' przeważają słowa zasłyszane w Chirurgach niecały tydzień temu. jasne, serial nie powinien dyktować naszego życia...ale scenarzyści mają w rękach cudowną umiejętność malowania słowem. niczym pisarze, którymi na dobrą sprawę oni także są...poza tym, jak już stwierdziłem, rzeczywistość i fikcja, często wbrew pozorom się przenikają. zaś 'głos' jaki twórcy serialu wykreowali dla Meredith Grey jest jedyny w swoim rodzaju - naprawdę szczery i...rozsądny. cóż ta kobieta powiedziała? ano stwierdziła, iż jeśli dokonamy przenikliwego osądu i posłuchamy swoich serc, jesteśmy w stanie (niestety po fakcie) stwierdzić, iż wybraliśmy dobrze i uniknęliśmy najgłębszego i najbardziej bolesnego żalu ze wszystkich - żalu spowodowanego przyłożeniem ręki do tego, że coś wspaniałego nas ominęło.
ja z pewnością taką osobą nie jestem i niejednokrotnie, czy przez czyny, czy swe myśli, utwierdziłem się w przekonaniu, że cokolwiek by się nie działo, należy żyć...żyć tak, żeby za wszelką cenę osiągnąć swoje cele. pozostaje pytanie - czy ten cel jest osiągalny? nie mam zielonego pojęcia. to jeden z odwiecznych dylematów ludzi o mojej wrażliwości - słuchać serca, czy rozumu? w przeszłości za bardzo kierowałem się tym pierwszy, nie patrząc na sytuację racjonalnie (jak widać, powoli się to zmienia)... i nigdy nie wyszedłem na tym dobrze. moje relacje natury romantycznej są jednym wielkim pasmem porażek...i to właśnie przez nie, jak zaznaczyłem na początku, zaczynam patrzeć krytycznie na te nowe. ponadto przez jednego konkretnego osobnika zacząłem mieć poważne problemy z zaufaniem, za co mu bardzo serdecznie dziękuję, pomnik się mu należy. do tego dochodzi wynikające z tych porażek ogólne poczucie niegodności...niegodności prawdziwego uczucia...w momencie, gdy ktoś jest dla mnie tak dobry jak Ty, wręcz nienaturalnie dobry i rozumie mnie jak nikt inny (chyba jest trochę prawdy w tym, że nikt nie zrozumie artysty jak drugi artysta), to poczucie wzrasta...czuję się niegodzien nawet myśli o tym, że mogłoby między nami zaistnieć coś więcej. czy bezpodstawnie? tylko jedna osoba zna odpowiedź na to pytanie. Ty. z dnia na dzień narasta we mnie cynizm dla Twojego traktowania mojej osoby, mimo że powinienem być w siódmym niebie, będąc docenianym i wspieranym przez kogoś, kto jest dla mnie tak niezmiernie wartościową osobą w moim życiu (o czym doskonale wiesz). to nie jest tak, że się nie cieszę...ale przychodzi mi to coraz trudniej, bo nieraz boleśnie przekonałem się o tym, że żyję w bajkowym świecie wytworzonym przez moją wyobraźnię. jestem świadom Twoich wad, o których niejednokrotnie rozprawialiśmy...jednak nie dane było mi ich poznać, co tylko miesza mi w głowie, o czym wczoraj Cię w jak zwykle uroczy, metaforyczny sposób poinformowałem. wniosek z tego wszystkiego jest chyba tylko taki, iż ta relacja, bardziej niż każda inna, potrzebuje czasu. ja potrzebuję czasu, żeby się nad nią zreflektować.
z uwagi na to, że zależy mi także na Twoim szczęściu, wypadałoby także jednak wziąć pod uwagę Twoje odczucia. zwłaszcza w świetle Twoich wczorajszych słów, że Twoje serce jest teraz w fazie ostatnich podrygów i niebawem zaniknie, jak każdy nieużywany organ. na szczęście jesteśmy ze sobą stuprocentowo szczerzy...co nie oznacza, że nie zdarza się nam obu pomijać pewnych kwestii w naszych całonocnych zwierzeniach. jednak chyba nie ma nic dziwnego w tym, że w obecnych okolicznościach nie wyskoczę z jakimś konkretnym pytaniem, wymagającym deklaracji z Twojej strony. zwłaszcza, że ostatnie tygodnie nie były dla Ciebie łatwe...i żeby to wszystko jakkolwiek (niezależnie od natury naszej relacji) funkcjonowało, trzeba mieć na względzie punkt widzenia drugiej strony...pytanie brzmi - czego Ty potrzebujesz? czy w ogóle bierzesz pod uwagę możliwość tego, że będziesz gotów zamknąć się ze mną na powiedzmy dwadzieścia-cztery godziny w jednym pomieszczeniu, o czym niejednokrotnie dywagowaliśmy. ja swoją odpowiedź znam...jednak nie mogę spekulować na temat tego, czy byłoby to korzystne rozwiązanie...bo, jak już powiedziałem, nie dowiem się, dopóki nie spróbuję...a w międzyczasie chyba jedynym co mogę zrobić to przeczekać...aż zarówno moje i twoje chmury (i wątpliwości) się rozwieją...i wszystko, wraz z tym pieprzonym nieboskłonem się rozjaśni.
A.
problem w tym, że w tym wypadku nie ma w ogóle znamion tego co znałem wcześniej. ba, już kiedyś (może i trochę przedwcześnie, ale na pewno prawidłowo) stwierdziłem, że myślałem, że tak skomplikowane relacje mają prawo bytu tylko w filmach...ale życie wraz z Twoim wtargnięciem wyprowadziło mnie z błędu. tak samo, aż do dziś myślałem, że tak na pozór abstrakcyjne (czyt. kreowane na siłę) problemy są właśnie przywilejem postaci fikcyjnych. gówno prawda.
wszystko to wynika częściowo z typowego dla mnie zbędnego wybiegania w przyszłość...ale ten strach...i te wątpliwości pojawiły się znienacka, jak większość negatywnych emocji, które zakradają się po cichu do naszej duszy. co prowadzi mnie do powtórzenia mojego wniosku, iż znów cały mój tok myślowy jest nietypowy, jak nasza relacja. czemu? może chociażby dlatego, iż w przeszłości wybiegałem myślami naprzód o co najmniej parę miesięcy w kontekście pozytywnym...i jasne, tym razem też nie obyło się bez cukierkowych wizji naszych interakcji. ale podczas gdy w tamtych relacjach ich negatywny wpływ na moją osobę docierał do mnie zazwyczaj po 'fakcie', balansując na granicy masochizmu, a tutaj...wiadomo. i tu kolejny paradoks! żadnego negatywnego faktu, nieprzyjemnego zdarzenia, związanego z Twoją osobą (póki co) nie było.
no i chyba właśnie z tych, a nie innych powodów wynika mój strach. nie wiem, może zaczynam naprawdę dojrzewać, a może właśnie przekonuję się o tym, że na zawsze dane będzie mi pozostać tzw. 'uszkodzonym dobrem'. ponoć profilaktyka jest najlepszym lekarstwem. ale na co? na to, że to wszystko wydaje się być zbyt dobre, żeby było prawdziwe? najwyraźniej tutaj tkwi cały szkopuł.
nigdy chyba jeszcze nie byłem w takim położeniu, jestem ewidentnie na rozdrożach...na całe szczęście w porę zdałem sobie z tego sprawę. jeszcze jest czas, żeby się wycofać. tylko czy chcę? z pewnością nie. czy powinienem? nie wiem. i tak źle i tak niedobrze. Werterowska dusza daje o sobie po raz kolejny znać. czy nie lepiej oszczędzić sobie złudzeń i w pewnym stopni bólu, kiedy na to jeszcze nie jest za późno? nim zostawisz mnie jak pełen resztek stół. w końcu sam mi powiedziałeś, że to najlepsze z możliwych rozwiązań...tylko, że kontekst tamtej rozmowy był rażąco inny, więc nieodpowiedzialnym zachowaniem byłoby stosowanie się do tych słów w takiej (podbramkowej) sytuacji. za to mogę się do nich w pewnym stopniu odnieść...istotą tamtej rozmowy był kontakt stricte fizyczny. stwierdziłeś, że lepiej prędzej 'wskoczyć' komuś do łóżka, w wyżej wspomnianym celu. i miałeś stuprocentowo rację...paradoksalnie właśnie ten 'numerek' (długo wyczekiwany lub nie) jest najlepszą weryfikacją tego jak silna jest relacja między dwojgiem ludzi. aczkolwiek są też inne formy. każda z nich jednak wymaga bezpośredniego kontaktu. twarzą w twarz, dłonią w dłoń, torsem w tors, niekoniecznie przy zrzuconych ciuchach. problem tkwi w tym, że wciąż rozmyślam nad zdarzeniami hipotetycznymi. bez wątpienia jestem mistrzem snucia różnych scenariuszy...lecz prawda jest taka, że nie dowiem się, dopóki nie przekonam się o tym wszystkim na własnej skórze, nieprawdaż?
zabawnie szalę na stronę 'zostaję' przeważają słowa zasłyszane w Chirurgach niecały tydzień temu. jasne, serial nie powinien dyktować naszego życia...ale scenarzyści mają w rękach cudowną umiejętność malowania słowem. niczym pisarze, którymi na dobrą sprawę oni także są...poza tym, jak już stwierdziłem, rzeczywistość i fikcja, często wbrew pozorom się przenikają. zaś 'głos' jaki twórcy serialu wykreowali dla Meredith Grey jest jedyny w swoim rodzaju - naprawdę szczery i...rozsądny. cóż ta kobieta powiedziała? ano stwierdziła, iż jeśli dokonamy przenikliwego osądu i posłuchamy swoich serc, jesteśmy w stanie (niestety po fakcie) stwierdzić, iż wybraliśmy dobrze i uniknęliśmy najgłębszego i najbardziej bolesnego żalu ze wszystkich - żalu spowodowanego przyłożeniem ręki do tego, że coś wspaniałego nas ominęło.
ja z pewnością taką osobą nie jestem i niejednokrotnie, czy przez czyny, czy swe myśli, utwierdziłem się w przekonaniu, że cokolwiek by się nie działo, należy żyć...żyć tak, żeby za wszelką cenę osiągnąć swoje cele. pozostaje pytanie - czy ten cel jest osiągalny? nie mam zielonego pojęcia. to jeden z odwiecznych dylematów ludzi o mojej wrażliwości - słuchać serca, czy rozumu? w przeszłości za bardzo kierowałem się tym pierwszy, nie patrząc na sytuację racjonalnie (jak widać, powoli się to zmienia)... i nigdy nie wyszedłem na tym dobrze. moje relacje natury romantycznej są jednym wielkim pasmem porażek...i to właśnie przez nie, jak zaznaczyłem na początku, zaczynam patrzeć krytycznie na te nowe. ponadto przez jednego konkretnego osobnika zacząłem mieć poważne problemy z zaufaniem, za co mu bardzo serdecznie dziękuję, pomnik się mu należy. do tego dochodzi wynikające z tych porażek ogólne poczucie niegodności...niegodności prawdziwego uczucia...w momencie, gdy ktoś jest dla mnie tak dobry jak Ty, wręcz nienaturalnie dobry i rozumie mnie jak nikt inny (chyba jest trochę prawdy w tym, że nikt nie zrozumie artysty jak drugi artysta), to poczucie wzrasta...czuję się niegodzien nawet myśli o tym, że mogłoby między nami zaistnieć coś więcej. czy bezpodstawnie? tylko jedna osoba zna odpowiedź na to pytanie. Ty. z dnia na dzień narasta we mnie cynizm dla Twojego traktowania mojej osoby, mimo że powinienem być w siódmym niebie, będąc docenianym i wspieranym przez kogoś, kto jest dla mnie tak niezmiernie wartościową osobą w moim życiu (o czym doskonale wiesz). to nie jest tak, że się nie cieszę...ale przychodzi mi to coraz trudniej, bo nieraz boleśnie przekonałem się o tym, że żyję w bajkowym świecie wytworzonym przez moją wyobraźnię. jestem świadom Twoich wad, o których niejednokrotnie rozprawialiśmy...jednak nie dane było mi ich poznać, co tylko miesza mi w głowie, o czym wczoraj Cię w jak zwykle uroczy, metaforyczny sposób poinformowałem. wniosek z tego wszystkiego jest chyba tylko taki, iż ta relacja, bardziej niż każda inna, potrzebuje czasu. ja potrzebuję czasu, żeby się nad nią zreflektować.
z uwagi na to, że zależy mi także na Twoim szczęściu, wypadałoby także jednak wziąć pod uwagę Twoje odczucia. zwłaszcza w świetle Twoich wczorajszych słów, że Twoje serce jest teraz w fazie ostatnich podrygów i niebawem zaniknie, jak każdy nieużywany organ. na szczęście jesteśmy ze sobą stuprocentowo szczerzy...co nie oznacza, że nie zdarza się nam obu pomijać pewnych kwestii w naszych całonocnych zwierzeniach. jednak chyba nie ma nic dziwnego w tym, że w obecnych okolicznościach nie wyskoczę z jakimś konkretnym pytaniem, wymagającym deklaracji z Twojej strony. zwłaszcza, że ostatnie tygodnie nie były dla Ciebie łatwe...i żeby to wszystko jakkolwiek (niezależnie od natury naszej relacji) funkcjonowało, trzeba mieć na względzie punkt widzenia drugiej strony...pytanie brzmi - czego Ty potrzebujesz? czy w ogóle bierzesz pod uwagę możliwość tego, że będziesz gotów zamknąć się ze mną na powiedzmy dwadzieścia-cztery godziny w jednym pomieszczeniu, o czym niejednokrotnie dywagowaliśmy. ja swoją odpowiedź znam...jednak nie mogę spekulować na temat tego, czy byłoby to korzystne rozwiązanie...bo, jak już powiedziałem, nie dowiem się, dopóki nie spróbuję...a w międzyczasie chyba jedynym co mogę zrobić to przeczekać...aż zarówno moje i twoje chmury (i wątpliwości) się rozwieją...i wszystko, wraz z tym pieprzonym nieboskłonem się rozjaśni.
A.
niedziela, 2 marca 2014
#1 something's (finally) gotta give.
czego sobie życzysz zanim zaśniesz? to wbrew pozorom istotne pytanie.
ostatnimi czasy życzę sobie wielu rzeczy. wielu trywialnych rzeczy, jak chociażby początku lata.
jednak zazwyczaj są to rzeczy większej wagi, rzekłbym, odrobinę abstrakcyjnej natury.
coraz częściej żałuję, iż nie mogę podróżować w czasie. jasne, nikt nie mówi, że za rok czy dwa będzie idealnie...ale mam przeczucie, że będzie lepiej.
dalekosiężnie? pragnę móc wrócić do własnego domu po produktywnie spędzonym, aczkolwiek stresującym dniu...i po prostu móc opowiedzieć o wszystkich zabawnych lub przykrych sytuacjach mojej drugiej połówce. podzielić się z nią moimi żalami, obawami, jak i ekscytującymi ideami. simple as that.
dla niektórych (większości?) może to być rzecz trywialnej natury, ot relaksujący wieczór w ramionach kogoś bliskiego. jednak dla osoby takiej jak ja, która nigdy tego nie zaznała zdaje się to być koncept abstrakcyjny...i bardzo pożądany.
jestem zmęczony. zmęczony tym sztucznym życiem, do którego zasad na co dzień staram się podporządkować. najgorsze jest to, że czuję, iż nie jest ono moje.
z drugiej strony, skoro sam sobie ze sobą momentami nie radzę, to jak ktokolwiek mógłby być w stanie mnie zrozumieć? chociaż podobno nic nie ma prawa się zmaterializować, dopóki w naszej głowie nie zrodzi się pragnienie.
więc trzeba walczyć o swoje i od czasu do czasu zawierzyć innym i mimo poczucia niegodności starać się na co dzień czerpać swoistą siłę z ich słów. za naszą wiarą podąża (czasem wręcz wzmocniona, bardziej ugruntowana) wiara osób trzecich, to nie podlega żadnej wątpliwości.
tylko czym dokładnie to 'swoje' jest i w jakim stopniu zasługujemy na zdobycie tego co spędza nam sen z powiek po nocach?
czas pokaże.
oby prędzej niż później.
A.
ostatnimi czasy życzę sobie wielu rzeczy. wielu trywialnych rzeczy, jak chociażby początku lata.
jednak zazwyczaj są to rzeczy większej wagi, rzekłbym, odrobinę abstrakcyjnej natury.
coraz częściej żałuję, iż nie mogę podróżować w czasie. jasne, nikt nie mówi, że za rok czy dwa będzie idealnie...ale mam przeczucie, że będzie lepiej.
dalekosiężnie? pragnę móc wrócić do własnego domu po produktywnie spędzonym, aczkolwiek stresującym dniu...i po prostu móc opowiedzieć o wszystkich zabawnych lub przykrych sytuacjach mojej drugiej połówce. podzielić się z nią moimi żalami, obawami, jak i ekscytującymi ideami. simple as that.
dla niektórych (większości?) może to być rzecz trywialnej natury, ot relaksujący wieczór w ramionach kogoś bliskiego. jednak dla osoby takiej jak ja, która nigdy tego nie zaznała zdaje się to być koncept abstrakcyjny...i bardzo pożądany.
jestem zmęczony. zmęczony tym sztucznym życiem, do którego zasad na co dzień staram się podporządkować. najgorsze jest to, że czuję, iż nie jest ono moje.
z drugiej strony, skoro sam sobie ze sobą momentami nie radzę, to jak ktokolwiek mógłby być w stanie mnie zrozumieć? chociaż podobno nic nie ma prawa się zmaterializować, dopóki w naszej głowie nie zrodzi się pragnienie.
więc trzeba walczyć o swoje i od czasu do czasu zawierzyć innym i mimo poczucia niegodności starać się na co dzień czerpać swoistą siłę z ich słów. za naszą wiarą podąża (czasem wręcz wzmocniona, bardziej ugruntowana) wiara osób trzecich, to nie podlega żadnej wątpliwości.
tylko czym dokładnie to 'swoje' jest i w jakim stopniu zasługujemy na zdobycie tego co spędza nam sen z powiek po nocach?
czas pokaże.
oby prędzej niż później.
A.
Subskrybuj:
Posty (Atom)