Minął miesiąc od naszej ostatniej
rozmowy. Takiej odpowiedniej, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dni
niezauważalnie i nieubłagalnie przeciekają mi prze palce, podczas
gdy Ciebie nie ma. A ja siedzę i obsesyjnie myślę, wypełniam je,
wypełniam pustkę po Tobie, różnymi egzystencjalnymi problemami.
Czuje się jak jakiś odmieniec…chociaż na dobrą sprawę na co
dzień nim jestem, a gdy jedyną rzeczą, która mi została są
rozmyślania, to tym bardziej przemykam po brzegu tego padołu,
brodzę po nim. Czuję się bardziej odseparowany niż zwykle, od
rzeczywistości i od ludzi, którzy byliby w stanie pojąć twory
mojej poplątanej sieci neuronów. Tej samej sieci, którą Ty
starałeś się z niemałym sukcesem zgłębić.
Nie wiem, które dni były najgorsze,
bo już nawet nie zauważam różnicy, nurzam się w tych negatywnych
emocjach. Wygrzebuję się z łóżka jak mi się żywnie podoba, czy
to w porze obiadowej czy po zmroku…a wzór zachowań jest niemalże
identyczny. Siadam przed komputerem i puszczam te smętne kawałki
wypalając parę papierosów i gapiąc się bezczynnie w monitor.
Później idę pod prysznic, pod którym, dla swoistego ukojenia
nerwów, siadam podciągając nogi do brody…i wracam do rutyny
muzyczno-nikotynowej. Wypalam pewnie co najmniej 150% normy, czując
jak wszystko mi dymem przesiąka…gardło rzecz jasna najbardziej,
zaraz potem skóra, włosy i ubrania. W międzyczasie prowadzę
jakieś nieznaczące dialogi z dalekimi znajomymi, bez większego
wrażenia obserwując zmieniające się za oknem kolory. Podczas gdy
staram się przeniknąć do tego co może siedzieć w głębi Twojego
pokręconego umysłu, jedna rzecz przykuwa moją uwagę – wahania
pogody. Tak bliskie w swej naturze wahaniom nastrojów. Wiatr się
zrywa, chmury nadciągają i z nieboskłonu spadają kropelki wody,
które teoretycznie mają przynieść oczyszczenie…a chwilę
później chmury zostają rozwiane i nieboskłon za sprawą słońca
się rozjaśnia. Wtedy przygryzam wargę i w głębi duszy życzę
sobie, aby podobne zjawisko zaszło między nami…żeby słońce
powróciło. Później zapada zmrok i na jakąś chwilę spoczywam na
szorstkich deskach, których powierzchowne zimno totalnie umyka mojej
świadomości, jako że wypełnia mnie jego inny rodzaj –
wewnętrzny. Zaczynam bawić się palcami i dotykam swojej coraz
bardziej wysuszonej twarzy, czując wszechogarniającą niepewność
ze zdwojoną siłą. Wracam jeszcze na chwilę do komputera, a potem
ciągnę stopy ku swojemu łóżku, gdzie nakrywając się po głowę
kołdrą, opuszkami badam wystające żebra i biodra, zdając sobie
sprawę z tego jak niknę w oczach z tych wszystkich nerwów. Wkładam
słuchawki do uszu i zgrzytając zębami, staram się za wszelką
cenę na chwilę odgonić wszelkie myśli…Co nawet, jak na ironię, podczas gdy miotam się w fazie REM, szerzej znanej jako stan półświadomości, nijak mi
się udaje. Aczkolwiek te senne słowa umykające zasięgowi moich
palców są bardzo wysublimowane, stymulują mój umysł…a wszystko
znów za Twoją sprawą, chociaż w odróżnieniu od tych grudniowych
są one raczej bardziej przepełnione goryczą, niż nadzieją.
Każdego dnia wyglądam Twojej
wiadomości, czując coraz to większy niewidzialny ciężar na
swojej klatce piersiowej, i nadmiernie wszystko w tą i z powrotem
analizuję. W wolnym czasie, zapewne z melancholijnej tęsknoty,
powracam do czytania niektórych z tych ostatnich miesięcy. Od czasu
do czasu czytam też Twoje dawne wpisy, które tak głęboko mnie
poruszyły na początkach naszej znajomości, starając się
zrozumieć Twoje postępowanie.
Jednego ranka (jakieś dwa tygodnie
temu)nawet mi się (po raz pierwszy) przyśniłeś…i Twój korpus
był przerażająco wyraźny, w odróżnieniu od tego z moich
świadomych wizji…W każdym razie, przyszedłeś do mnie. Odziany
tylko w (chyba) ręcznik w (paradoksalnie) śnieżnobiałym kolorze.
Nachyliłeś się nade mną, przenosząc ciężar z nogi na nogę i
kucając, po czym złapałeś delikatnie moją twarz za żuchwę,
starając się zwrócić moją uwagę. Spojrzałeś mi w oczy,
podczas gdy z Twoich wyzierało szczere przywiązanie i zmartwienie,
po czym uśmiechając się ironicznie rzuciłeś coś na wzór „Jak
mogłeś się przywiązać?”. Potem z całej siły przycisnąłeś
mnie do swojej klatki piersiowej w objęciu i jak gdyby nigdy nic
odszedłeś.
Jak widać mogłem…i się
przywiązałem, stałeś się dla mnie naprawdę bliski. Pytanie
tylko czy to wszystko potoczyło się za szybko…Czy może właśnie
zbyt wolno…Czy może zbyt długo zwlekałem? Nie mam bladego
pojęcia. Wiem jednak, że wszedłem w tą relację ze sztormem
emocjonalnym zwanym też ‘gnojem’ z otwartymi oczami…wiedząc,
że z Tobą nigdy nic nie jest proste. Nie wiem co będzie z nami.
Wróć, nie wiem co będzie ze mną i z Tobą. (‘Z nami’ brzmi
jakoś tak nienaturalnie.) Wiem za to, że moje odczucia się nie
zmieniły i nie mam zamiaru tak po prostu bez walki się poddać,
pozwolić temu statkowi zatonąć. Raz wstrzymałem się od mieszania
Ci w życiu, mając Twoje dobro na względzie…tym razem się nie
powstrzymam, zwłaszcza że sam mnie przekonywałeś, że nie
powinienem, w momencie gdy miałem irracjonalne (a może jednak nie?)
obawy. Jestem gotów walczyć z tymi pieprzonymi myśliwymi, którym
pozwoliłeś namieszać między nami, posługując się metaforą z
Tori. Już słyszę w swojej głowie Twoją ironiczną odpowiedź.
Ale szczerze mówiąc gówno mnie ona obchodzi, bo nie wierzę w to,
że tak po prostu wszystko co nas łączyło może być ot tak
wymazane przez tą nową relację.
Więc cierpliwie będę czekał na Twój
znak…i nie musi być to wcale znak ostateczny, ani pozytywny ani
negatywny…Bo ja nie wierzę w rozwiązania ostateczne. Chcę po
prostu żebyś szczerze podzielił się ze mną swoimi odczuciami
odnośnie naszej relacji (abstrahując od tej nowej, która jak widać
Ci ją przysłoniła, wywodząc nas w te burzliwe nieznane
wody)…Jeśli okaże się, że się one nie zmieniły, to nie mam
zamiaru znów odwlekać mojej wizyty, chcę mieć chociaż szansę
udowodnić Ci w namacalny sposób, że nie są to dla mnie jakieś
pierdolone przelewki. Chce przejąć te stery. Bo jak widzisz od
dłuższego czasu staram się z całych swoich sił. Bo wiem, że
warto…mimo wszelkich komplikacji. Chcę żebyś wydusił z siebie
cokolwiek. Łaknę Twoich słów niczym ćpun na głodzie.
Mówią, że nadzieja umiera ostatnia.
Zaś ja mówię, że nadzieja umiera, gdy sam pozwolisz wierze
odejść. A ja nadal wierzę. Wierzę, że to co nas łączy jest
szczere i warte zachodu. Czymkolwiek by to nie było. Więc nie
ciągnij mnie w tą morską otchłań i złap to pieprzone koło
ratunkowe, a potem pomyślimy co dalej. Jeśli byliśmy w stanie o
tym pomyśleć, to powinno być to w zasięgu naszych możliwości,
niezależnie od okoliczności. To jest jedyna stała prawda, której
mam zamiar się trzymać, może odrobinę natarczywie starając się
Ciebie ocucić i prosząc o chociażby chwilowe zacumowanie tego
statku w dobrze nam znanym porcie, zanim zdecydujesz się bez
mrugnięcia okiem wyruszyć w dalszą podroż…W końcu chyba nie
bez kozery sam mi kiedyś obiecałeś, że (innymi słowy) będziesz
się starał ten statek pielęgnować. A mój kompas bez Ciebie
wariuje. Tyle.