czwartek, 1 maja 2014

#8 shattering sea

Minął miesiąc od naszej ostatniej rozmowy. Takiej odpowiedniej, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dni niezauważalnie i nieubłagalnie przeciekają mi prze palce, podczas gdy Ciebie nie ma. A ja siedzę i obsesyjnie myślę, wypełniam je, wypełniam pustkę po Tobie, różnymi egzystencjalnymi problemami. Czuje się jak jakiś odmieniec…chociaż na dobrą sprawę na co dzień nim jestem, a gdy jedyną rzeczą, która mi została są rozmyślania, to tym bardziej przemykam po brzegu tego padołu, brodzę po nim. Czuję się bardziej odseparowany niż zwykle, od rzeczywistości i od ludzi, którzy byliby w stanie pojąć twory mojej poplątanej sieci neuronów. Tej samej sieci, którą Ty starałeś się z niemałym sukcesem zgłębić.

Nie wiem, które dni były najgorsze, bo już nawet nie zauważam różnicy, nurzam się w tych negatywnych emocjach. Wygrzebuję się z łóżka jak mi się żywnie podoba, czy to w porze obiadowej czy po zmroku…a wzór zachowań jest niemalże identyczny. Siadam przed komputerem i puszczam te smętne kawałki wypalając parę papierosów i gapiąc się bezczynnie w monitor. Później idę pod prysznic, pod którym, dla swoistego ukojenia nerwów, siadam podciągając nogi do brody…i wracam do rutyny muzyczno-nikotynowej. Wypalam pewnie co najmniej 150% normy, czując jak wszystko mi dymem przesiąka…gardło rzecz jasna najbardziej, zaraz potem skóra, włosy i ubrania. W międzyczasie prowadzę jakieś nieznaczące dialogi z dalekimi znajomymi, bez większego wrażenia obserwując zmieniające się za oknem kolory. Podczas gdy staram się przeniknąć do tego co może siedzieć w głębi Twojego pokręconego umysłu, jedna rzecz przykuwa moją uwagę – wahania pogody. Tak bliskie w swej naturze wahaniom nastrojów. Wiatr się zrywa, chmury nadciągają i z nieboskłonu spadają kropelki wody, które teoretycznie mają przynieść oczyszczenie…a chwilę później chmury zostają rozwiane i nieboskłon za sprawą słońca się rozjaśnia. Wtedy przygryzam wargę i w głębi duszy życzę sobie, aby podobne zjawisko zaszło między nami…żeby słońce powróciło. Później zapada zmrok i na jakąś chwilę spoczywam na szorstkich deskach, których powierzchowne zimno totalnie umyka mojej świadomości, jako że wypełnia mnie jego inny rodzaj – wewnętrzny. Zaczynam bawić się palcami i dotykam swojej coraz bardziej wysuszonej twarzy, czując wszechogarniającą niepewność ze zdwojoną siłą. Wracam jeszcze na chwilę do komputera, a potem ciągnę stopy ku swojemu łóżku, gdzie nakrywając się po głowę kołdrą, opuszkami badam wystające żebra i biodra, zdając sobie sprawę z tego jak niknę w oczach z tych wszystkich nerwów. Wkładam słuchawki do uszu i zgrzytając zębami, staram się za wszelką cenę na chwilę odgonić wszelkie myśli…Co nawet, jak na ironię, podczas gdy miotam się w fazie REM, szerzej znanej jako stan półświadomości, nijak mi się udaje. Aczkolwiek te senne słowa umykające zasięgowi moich palców są bardzo wysublimowane, stymulują mój umysł…a wszystko znów za Twoją sprawą, chociaż w odróżnieniu od tych grudniowych są one raczej bardziej przepełnione goryczą, niż nadzieją.

Każdego dnia wyglądam Twojej wiadomości, czując coraz to większy niewidzialny ciężar na swojej klatce piersiowej, i nadmiernie wszystko w tą i z powrotem analizuję. W wolnym czasie, zapewne z melancholijnej tęsknoty, powracam do czytania niektórych z tych ostatnich miesięcy. Od czasu do czasu czytam też Twoje dawne wpisy, które tak głęboko mnie poruszyły na początkach naszej znajomości, starając się zrozumieć Twoje postępowanie.

Jednego ranka (jakieś dwa tygodnie temu)nawet mi się (po raz pierwszy) przyśniłeś…i Twój korpus był przerażająco wyraźny, w odróżnieniu od tego z moich świadomych wizji…W każdym razie, przyszedłeś do mnie. Odziany tylko w (chyba) ręcznik w (paradoksalnie) śnieżnobiałym kolorze. Nachyliłeś się nade mną, przenosząc ciężar z nogi na nogę i kucając, po czym złapałeś delikatnie moją twarz za żuchwę, starając się zwrócić moją uwagę. Spojrzałeś mi w oczy, podczas gdy z Twoich wyzierało szczere przywiązanie i zmartwienie, po czym uśmiechając się ironicznie rzuciłeś coś na wzór „Jak mogłeś się przywiązać?”. Potem z całej siły przycisnąłeś mnie do swojej klatki piersiowej w objęciu i jak gdyby nigdy nic odszedłeś.

Jak widać mogłem…i się przywiązałem, stałeś się dla mnie naprawdę bliski. Pytanie tylko czy to wszystko potoczyło się za szybko…Czy może właśnie zbyt wolno…Czy może zbyt długo zwlekałem? Nie mam bladego pojęcia. Wiem jednak, że wszedłem w tą relację ze sztormem emocjonalnym zwanym też ‘gnojem’ z otwartymi oczami…wiedząc, że z Tobą nigdy nic nie jest proste. Nie wiem co będzie z nami. Wróć, nie wiem co będzie ze mną i z Tobą. (‘Z nami’ brzmi jakoś tak nienaturalnie.) Wiem za to, że moje odczucia się nie zmieniły i nie mam zamiaru tak po prostu bez walki się poddać, pozwolić temu statkowi zatonąć. Raz wstrzymałem się od mieszania Ci w życiu, mając Twoje dobro na względzie…tym razem się nie powstrzymam, zwłaszcza że sam mnie przekonywałeś, że nie powinienem, w momencie gdy miałem irracjonalne (a może jednak nie?) obawy. Jestem gotów walczyć z tymi pieprzonymi myśliwymi, którym pozwoliłeś namieszać między nami, posługując się metaforą z Tori. Już słyszę w swojej głowie Twoją ironiczną odpowiedź. Ale szczerze mówiąc gówno mnie ona obchodzi, bo nie wierzę w to, że tak po prostu wszystko co nas łączyło może być ot tak wymazane przez tą nową relację.

Więc cierpliwie będę czekał na Twój znak…i nie musi być to wcale znak ostateczny, ani pozytywny ani negatywny…Bo ja nie wierzę w rozwiązania ostateczne. Chcę po prostu żebyś szczerze podzielił się ze mną swoimi odczuciami odnośnie naszej relacji (abstrahując od tej nowej, która jak widać Ci ją przysłoniła, wywodząc nas w te burzliwe nieznane wody)…Jeśli okaże się, że się one nie zmieniły, to nie mam zamiaru znów odwlekać mojej wizyty, chcę mieć chociaż szansę udowodnić Ci w namacalny sposób, że nie są to dla mnie jakieś pierdolone przelewki. Chce przejąć te stery. Bo jak widzisz od dłuższego czasu staram się z całych swoich sił. Bo wiem, że warto…mimo wszelkich komplikacji. Chcę żebyś wydusił z siebie cokolwiek. Łaknę Twoich słów niczym ćpun na głodzie.

Mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Zaś ja mówię, że nadzieja umiera, gdy sam pozwolisz wierze odejść. A ja nadal wierzę. Wierzę, że to co nas łączy jest szczere i warte zachodu. Czymkolwiek by to nie było. Więc nie ciągnij mnie w tą morską otchłań i złap to pieprzone koło ratunkowe, a potem pomyślimy co dalej. Jeśli byliśmy w stanie o tym pomyśleć, to powinno być to w zasięgu naszych możliwości, niezależnie od okoliczności. To jest jedyna stała prawda, której mam zamiar się trzymać, może odrobinę natarczywie starając się Ciebie ocucić i prosząc o chociażby chwilowe zacumowanie tego statku w dobrze nam znanym porcie, zanim zdecydujesz się bez mrugnięcia okiem wyruszyć w dalszą podroż…W końcu chyba nie bez kozery sam mi kiedyś obiecałeś, że (innymi słowy) będziesz się starał ten statek pielęgnować. A mój kompas bez Ciebie wariuje. Tyle.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz