poniedziałek, 15 grudnia 2014

#9 - 'Cause I don't care...and it feels so fuckin' good to say, I swear...that I don't care

In unloving memory of this screwed up relationship
WINTER 2013 - FALL 2014





02/13/14 - "Moglibyśmy"


"Moglibyśmy zamieszkać razem w Wielkim Jabłku, gdzie mimo kłopotów, wciąż szczypalibyśmy się nawzajem, starając się wybudzić się ze snu, którym byłoby nasze życie.
Co roku swoją obecnością zaszczycalibyśmy najróżniejsze wydarzenia śmietanki artystycznego środowiska, w tym budynek Lincoln Center. Gdzie na backstage'u trzymając Twoją dłoń i opierając brodę na Twym ramieniu, podziwiałbym efekty Twojej pracy. Nawet po dekadach wszyscy przyglądaliby nam się zachodząc w głowę : „Jak oni to robią?”. Bo byliby przekonani, tak jak i ja obawiałbym się nocami, że wymienisz mnie na młodszy model. Ale do tego by nie doszło, bo byłbym Twoją podporą – czymś czego oni nie byliby w stanie pojąć.
W naszym letnim domku zarywałbyś całe noce, jak to masz w zwyczaju, pracując nad kolejną kolekcją. A ja ze spokojem ducha rejestrowałbym każdą sekundę twojego procesu twórczego, tylko po to, żeby na starość sprezentować Ci ostateczne dzieło, bo biograficzne. Ty zaś czując się odrobinę zaniedbanym przeze mnie nieustannie odciągałbyś mnie od mojego pisania, szepcząc mi do ucha. Podczas gdy rzeczywiście bym Cię zaniedbywał, wyjeżdżając w interesach, wisiałbym z Tobą na słuchawce przez całą noc, wsłuchując się w Twój płytki oddech i czując niekomfortowe kłucie w sercu.
Byłbyś dla mnie niekończącym się źródłem inspiracji, po prostu będąc tym co mnie do Ciebie od samego początku ciągnęło - sobą. Miałbyś w zwyczaju wchodzić mi w słowo w trakcie rozmów na poważne tematy, co doprowadzałoby mnie do furii, jednak zawsze znalazłbyś sposób żeby mnie jakoś ugładzić.
A po wypełnieniu wszelkich bieżących obowiązków, z dnia na dzień, jak gdyby nigdy nic, wymykalibyśmy się na spontaniczne wakacje w najdalsze zakątki świata, będąc cichymi obserwatorami rzeczywistości i aktywnymi obserwatorami kultury.
Po powrocie przytłaczałby mnie nawał obowiązków i dusiłbym to w sobie...a Ty uspokajałbyś mnie bez słów, dając mi niezmierzone pokłady energii, bez których nie wytrwałbym w dążeniu do moich zawodowych celów.
Nocami, w trakcie których starałbym się zaznać odrobiny snu, budziłbyś mnie, chcąc się ze mną kochać. Rankami tak samo. A ja wcale nie miałbym Ci tego za złe. Wręcz przeciwnie, te poranki z Tobą byłyby dla mnie wystarczającą motywacją, ażeby przetrwać każdy kolejny ciężki dzień, nawet jeśli miałbym wyglądać niczym chodząca zmora.
Moje nozdrza natychmiastowo rozszerzałyby się w reakcji na zapach Twego ciała w pobliżu. Pieściłbym Twoją szyję, zatapiając w niej swoje zęby niczym w soczystej brzoskwini. Ty dosyć niepewnie i delikatnie podgryzałbyś płatki moich uszu, jak gdyby miałaby spotkać Cię za to jakaś kara. Ja zaś miałbym w zwyczaju wtedy przyciskać Twoją głowę prosząc o więcej, tylko po to, żeby potem siłą odchylić ją ku sufitowi, podczas gdy dokładnie badałbym szlak lekko słonych włosów na Twym podbrzuszu.
Na mój znak przerywałbyś mi nudne spotkania biznesowe tylko po to, żeby kochać się ze mną na biurku. Tak samo ja podczas rodzinnych świąt rozbierałbym Cię wzrokiem.
Zaś przed każdą aukcją charytatywną wiązałbym Ci starannie krawat, tylko po to żeby później go zasupłać i w pośpiechu zdjąć Ci go przez głowę w windzie budynku instytucji organizującej dany event. Kochalibyśmy się wszędzie gdzie się tylko da, niczym zwierzęta które w nas tkwią i są podłożem naszego paradoksalnie ludzkiego usposobienia.
W piątkowe letnie wieczory wraz z naszymi znajomymi na tarasie popijalibyśmy wino z naszej własnej winiarni, dyskutując o sztuce i polityce przy dźwiękach islandzkich i francuskich artystów. Zaś w weekendy fundowałbym nam całe spektrum nietypowych rozrywek, zaczynając od zajęć dogi, idąc przez wspólne lekcje gotowania, na kreatywnej re-dekoracji mieszkania kończąc. Wiosną zaś jeździlibyśmy do Anglii.
Na Walentynki kupiłbym Ci książkę na temat seksu tantrycznego, mimo że niekoniecznie są to moje klimaty. Zaś na urodziny zamówiłbym Ci najdroższy i najsłodszy tort z możliwych, tylko po to, żeby móc Cię nim ubrudzić, a później go z Ciebie zlizać, biorąc Cię na blacie kuchennym.
W deszczowe popołudnia trzymałbym parasol nad Twą głową. A w chłodne jesienne poranki okrywałbym Cię swoim płaszczem.
Zdarzałoby nam się nieprzyzwoicie upijać w brooklyńskich barach tylko po to, żeby w drodze do domu pokłócić się o jakąś drobnostkę...i wrócić oddzielnie. Jednak i tak jedno czekałoby na drugie na schodach z sercem na dłoni.
Spełniałbym każdą Twoją zachciankę i co dziennie uświadamiałbym Ci jak bardzo Cię potrzebuję i jak wiele dla mnie znaczysz, co nie powstrzymałoby Cię jednak od urządzania mi zupełnie bezpodstawnych scen zazdrości. Bo każdego dnia chłonąłbym Cię całym sobą, niczym narkotyk, wciąż nie mogąc się Tobą nasycić...Także dlatego na nasze przyjęcie rocznicowe sprowadziłbym Tori, obserwując jak cieszysz się niczym dziecko, choć dawno nim już przestałeś być.
Zupełnie bez okazji kupowałbym Ci Twoje ulubione kwiaty i zostawiał Ci wiadomości na karteczkach samoprzylepnych. W wieczory, które byłbym pierwszy w domu przygotowywałbym Ci wystawne kolacje. Po każdym męczącym dniu masowałbym Ci plecy i przygotowywał gorącą kąpiel.

I każdego poranka gdy na skraju łóżka stykałyby się nasze stopy zastanawiałbym się nad tym jak mogę być takim szczęściarzem."

Zapewne mógłbym...ale na pewno nie z Tobą. I szczerze mówiąc? Miałeś rację -- wyszło mi to na dłuższą metę na dobre. Spaliłbym się na Tobie...i tak, zasługuję na kogoś lepszego. Czasem dobrze prawiłeś.

xoxo,
A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz