WINTER 2013 - FALL 2014
02/13/14 - "Moglibyśmy"
"Moglibyśmy zamieszkać razem w Wielkim
Jabłku, gdzie mimo kłopotów, wciąż szczypalibyśmy się
nawzajem, starając się wybudzić się ze snu, którym byłoby nasze
życie.
Co roku swoją obecnością
zaszczycalibyśmy najróżniejsze wydarzenia śmietanki artystycznego
środowiska, w tym budynek Lincoln Center. Gdzie na backstage'u
trzymając Twoją dłoń i opierając brodę na Twym ramieniu,
podziwiałbym efekty Twojej pracy. Nawet po dekadach wszyscy
przyglądaliby nam się zachodząc w głowę : „Jak oni to robią?”.
Bo byliby przekonani, tak jak i ja obawiałbym się nocami, że
wymienisz mnie na młodszy model. Ale do tego by nie doszło, bo
byłbym Twoją podporą – czymś czego oni nie byliby w stanie
pojąć.
W naszym letnim domku zarywałbyś całe
noce, jak to masz w zwyczaju, pracując nad kolejną kolekcją. A ja
ze spokojem ducha rejestrowałbym każdą sekundę twojego procesu
twórczego, tylko po to, żeby na starość sprezentować Ci
ostateczne dzieło, bo biograficzne. Ty zaś czując się odrobinę
zaniedbanym przeze mnie nieustannie odciągałbyś mnie od mojego
pisania, szepcząc mi do ucha. Podczas gdy rzeczywiście bym Cię
zaniedbywał, wyjeżdżając w interesach, wisiałbym z Tobą na
słuchawce przez całą noc, wsłuchując się w Twój płytki oddech
i czując niekomfortowe kłucie w sercu.
Byłbyś dla mnie niekończącym się
źródłem inspiracji, po prostu będąc tym co mnie do Ciebie od
samego początku ciągnęło - sobą. Miałbyś w zwyczaju wchodzić
mi w słowo w trakcie rozmów na poważne tematy, co doprowadzałoby
mnie do furii, jednak zawsze znalazłbyś sposób żeby mnie jakoś
ugładzić.
A po wypełnieniu wszelkich bieżących
obowiązków, z dnia na dzień, jak gdyby nigdy nic, wymykalibyśmy
się na spontaniczne wakacje w najdalsze zakątki świata, będąc
cichymi obserwatorami rzeczywistości i aktywnymi obserwatorami
kultury.
Po powrocie przytłaczałby mnie nawał
obowiązków i dusiłbym to w sobie...a Ty uspokajałbyś mnie bez
słów, dając mi niezmierzone pokłady energii, bez których nie
wytrwałbym w dążeniu do moich zawodowych celów.
Nocami, w trakcie których starałbym
się zaznać odrobiny snu, budziłbyś mnie, chcąc się ze mną
kochać. Rankami tak samo. A ja wcale nie miałbym Ci tego za złe.
Wręcz przeciwnie, te poranki z Tobą byłyby dla mnie wystarczającą
motywacją, ażeby przetrwać każdy kolejny ciężki dzień, nawet
jeśli miałbym wyglądać niczym chodząca zmora.
Moje nozdrza natychmiastowo
rozszerzałyby się w reakcji na zapach Twego ciała w pobliżu.
Pieściłbym Twoją szyję, zatapiając w niej swoje zęby niczym w
soczystej brzoskwini. Ty dosyć niepewnie i delikatnie podgryzałbyś
płatki moich uszu, jak gdyby miałaby spotkać Cię za to jakaś
kara. Ja zaś miałbym w zwyczaju wtedy przyciskać Twoją głowę
prosząc o więcej, tylko po to, żeby potem siłą odchylić ją ku
sufitowi, podczas gdy dokładnie badałbym szlak lekko słonych
włosów na Twym podbrzuszu.
Na mój znak przerywałbyś mi nudne
spotkania biznesowe tylko po to, żeby kochać się ze mną na
biurku. Tak samo ja podczas rodzinnych świąt rozbierałbym Cię
wzrokiem.
Zaś przed każdą aukcją charytatywną
wiązałbym Ci starannie krawat, tylko po to żeby później go
zasupłać i w pośpiechu zdjąć Ci go przez głowę w windzie
budynku instytucji organizującej dany event. Kochalibyśmy się
wszędzie gdzie się tylko da, niczym zwierzęta które w nas tkwią
i są podłożem naszego paradoksalnie ludzkiego usposobienia.
W piątkowe letnie wieczory wraz z
naszymi znajomymi na tarasie popijalibyśmy wino z naszej własnej
winiarni, dyskutując o sztuce i polityce przy dźwiękach
islandzkich i francuskich artystów. Zaś w weekendy fundowałbym nam
całe spektrum nietypowych rozrywek, zaczynając od zajęć dogi,
idąc przez wspólne lekcje gotowania, na kreatywnej re-dekoracji
mieszkania kończąc. Wiosną zaś jeździlibyśmy do Anglii.
Na Walentynki kupiłbym Ci książkę
na temat seksu tantrycznego, mimo że niekoniecznie są to moje
klimaty. Zaś na urodziny zamówiłbym Ci najdroższy i najsłodszy
tort z możliwych, tylko po to, żeby móc Cię nim ubrudzić, a
później go z Ciebie zlizać, biorąc Cię na blacie kuchennym.
W deszczowe popołudnia trzymałbym
parasol nad Twą głową. A w chłodne jesienne poranki okrywałbym
Cię swoim płaszczem.
Zdarzałoby nam się nieprzyzwoicie
upijać w brooklyńskich barach tylko po to, żeby w drodze do domu
pokłócić się o jakąś drobnostkę...i wrócić oddzielnie.
Jednak i tak jedno czekałoby na drugie na schodach z sercem na
dłoni.
Spełniałbym każdą Twoją zachciankę
i co dziennie uświadamiałbym Ci jak bardzo Cię potrzebuję i jak
wiele dla mnie znaczysz, co nie powstrzymałoby Cię jednak od
urządzania mi zupełnie bezpodstawnych scen zazdrości. Bo każdego
dnia chłonąłbym Cię całym sobą, niczym narkotyk, wciąż nie
mogąc się Tobą nasycić...Także dlatego na nasze przyjęcie
rocznicowe sprowadziłbym Tori, obserwując jak cieszysz się niczym
dziecko, choć dawno nim już przestałeś być.
Zupełnie bez okazji kupowałbym Ci
Twoje ulubione kwiaty i zostawiał Ci wiadomości na karteczkach
samoprzylepnych. W wieczory, które byłbym pierwszy w domu
przygotowywałbym Ci wystawne kolacje. Po każdym męczącym dniu
masowałbym Ci plecy i przygotowywał gorącą kąpiel.
I każdego poranka gdy na skraju łóżka
stykałyby się nasze stopy zastanawiałbym się nad tym jak mogę
być takim szczęściarzem."
Zapewne mógłbym...ale na pewno nie z Tobą. I szczerze mówiąc? Miałeś rację -- wyszło mi to na dłuższą metę na dobre. Spaliłbym się na Tobie...i tak, zasługuję na kogoś lepszego. Czasem dobrze prawiłeś.
xoxo,
A.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz