I znów stałem się małym
szczeniaczkiem, kotem uganiającym za myszą, pantoflem, pieprzoną
Attachment Barbie, ślepą na wszelkie sygnały. Call it whatever you
want. Nawet nie wiem jakim cudem to wszystko tak szybko eskalowało,
zarówno od racjonalnego wycofanego podejścia sprzed dwóch
miesięcy, albo nawet tego powątpiewającego sprzed miesiąca.
Dopiero teraz, w sytuacji podbramkowej zaczynam powoli otwierać
oczy. Ale jak zwykle, tylko i wyłącznie ja, sam sobie jestem winny
tego stanu rzeczy.
Tak, tak, powiedzcie mi wszyscy, że
znów Go usprawiedliwiam (jak wszystkie poprzedzające go
egzemplarze) – i o ile nawet mnie taka myśl przeszła przez głowę,
to szczerze mówiąc nijak się ona ma do rzeczywistości.
Od samego początku wiedziałem w co
się pakuję, wiedziałem, że jest mimo wszystko typem samotnika,
ba, nawet ostatnio sam stwierdził, że ja chyba ogólnie pragnę
bardziej. Już wtedy powinienem był się ocknąć. Ale jakoś wtedy
mi to nie przeszkadzało, ba, nawet temu nie przeczyłem. Ale nawet
mnie zdarzają się przebłyski logicznego myślenia. Jeden z nich
nastąpił dziś, po blisko dwóch dniach kłótni z rodzicami. Będąc
ślepo zapatrzonym w ten jakże wadliwy egzemplarz (ale to akurat
najmniejsze z moich zmartwień, żaden nie jest bezusterkowy),
ewidentnie żyjący przeszłością (może i mam paranoję, może i
jestem zazdrosny, ale takie są fakty), jestem gotów odrzucić
zagraniczne wojaże pełne przepychu na rzecz hipotetycznego wyjazdu
do Niego, który może nawet nie mieć miejsca.
Tu znów nachodzi mnie refleksja innej
natury – a może dojrzałem na tyle, że takie atrakcje nie są
moim priorytetem? A może właśnie jestem na tyle niedojrzały, że
wolę znów włożyć całą swą energię w coś co ma większe
szanse na porażkę niż sukces? Sam już nie wiem...W idealnym
świecie zdołałbym pogodzić wszystko, za czym postuluję w swoich
dyskusjach z rodzicami. Tylko pozostaje pytanie – czy jest sens w
ogóle próbować? Kiedy ewidentnie znów poczułem ogień pod
tyłkiem, a głowę mam w chmurach...Tu znów powracają moje
dywagacje na temat myślenia głową i sercem, które spędzały mi
sen z powiek nie tak dawno temu. A co za tym idzie, rozróżnienie
między tym co jest z założenia dobre, a tym co jest odpowiednie.
Może rzeczywiście czas najwyższy żebym skupił się na sobie...i
tylko sobie? Karolina ewidentnie rok temu idealnie trafiła w samo
sedno, twierdząc iż za bardzo skupiam się na drugiej osobie...w
dodatku wątpliwie na to zasługującej.
Tylko, że prawda jest taka, że z
drugiej strony...tak jak już stwierdziłem niedawno, moja osoba
zawsze będzie odczuwać o wiele większy żal, jeśli odpuści bez
jakiejkolwiek walki, niż jeśli nawet by miała polec w boju.
Doskonale wiem, że jeśli bez oglądania się na Niego i w ogóle
nie przywoływania wątku mojego możliwego pobytu w Krakowie podczas
długiego weekendu, zdecyduję się na wyjazd za granicę...to będzie
mi niezmiernie ciężko...i to w dłuższej perspektywie.
Bo potem w konsekwencji właśnie znów,
jakąkolwiek możliwą wizytę u Niego znów będę musiał odłożyć
co najmniej do lipca, co będzie wymagało pokładów wytrwałości,
biorąc pod uwagę fakt, że już od dobrego miesiąca myślę tylko
o majówce...Albo co gorsza, jeśli tak jak w wypadku Maćka S. przez
to odwlekanie całej sprawy ona się w ogóle nie ziści. Chociaż
sądzę, że to akurat jest nieuniknione...
Najzabawniejsze jest to, że w obecnych
okolicznościach obudziła się znów moja mściwa, żądna krwi
natura. Na chwilę obecną odczuwam nieodpartą potrzebę 'dojebania'
mu...żeby w efekcie znalazł się na moim miejscu (jako, że żaden
z jego poprzedników tego nie doświadczył, ach, nie ma to jak
kumulowany przez lata gniew i żal do płci brzydkiej). Niby w jaki
sposób? Ano w taki, iż napomknąłbym mu o moich potencjalnych
planach wizyty, tylko po to, żeby stwierdzić, iż są one już
nieaktualne. Jestem ciekaw jak On by się wtedy poczuł i co by mi
powiedział...Bo ja naprawdę ostatnimi czasy walczę z całych sił,
żeby w końcu coś się zmieniło – jednocześnie psując sobie,
jak i moim rodzicom nerwy. Jestem pewien, że nawet nie próbowałby
mnie powstrzymać, jakkolwiek by to się nie miało na naszej relacji
odbić...A ja znów jak ta słodka idiotka z rom-com chciałbym, że
by było na odwrót. Gdyby choć w połowie starał się tak jak
ja...to ta relacja naprawdę by rozkwitła...No ale przecież nie
może być zbyt słodko.
Sam już nie wiem co mam myśleć, wiem
jedynie, iż mimo jego zmiennego (w mojej głowie, ze względu na to,
iż zachowuje się tak, a nie inaczej) podejścia do całej
zaistniałej między nami sytuacji, rozumie mnie On tak jak nikt
inny...Jest z zupełnie innej 'ligi' – i nie, nie jest
idealny...jest w swojej całej złożoności i pokręceniu właśnie
wyjątkowy – trochę taki Twisted Prince of Darkness. W swoim
przekonaniu utwierdzam się zwłaszcza w momencie, gdy w takiej
sytuacji, gdzie jestem sfrustrowany, takie osoby jak MSN po może stu
wymienionych wiadomościach dokonują jakichś pełnych przekonania o
swojej racji dogłębnych psychoanaliz mojej osoby, wywołując we
mnie rechot wskazujący na to, iż są one co najmniej godne
pożałowania.
Wszystkie te myśli i siła, którą na
co dzień w walkę o to, a w wyniku walkę ze sobą, oraz z innymi
wynikają własnie z mojego przekonania o tym, iż naprawdę jest to
wyjątkowa relacja...na dobre i złe (och, zrobiło się tak
poetycko, że aż chyba zacznę pisać przysięgę)...i nie chcę
odpuścić. Zobaczymy czy będę musiał...i w jakim stopniu.
Czy to już czas na resuscytację? Albo
co najmniej na viagrę, stosując tą niecodzienną metaforę Coreya
Taylora? No i co do cholery może być tą viagrą, tym
game-changerem, którego tak z utęsknieniem wyczekuję...podejrzewam,
iż właśnie moja wizyta...Tylko, że w momencie kiedy, tak jak
ojciec właściwie zauważył, druga strona się nie pali do
doprowadzenia jej do skutku...to mnie też niestety zapał maleje i
cały w gniewie ogłaszam w swej głowie kolejną porażkę, znów
przekreślając cały rodzaj męski i skłaniam się ku wyborowi
użycia rozumu i zwyczajnego korzystania z życia bez zobowiązań
jak na mój wiek przystało. Jebany mindfuck i overthinking. Chyba
tak zatytułuję swoje pierwsze dzieło, ha.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz