piątek, 4 kwietnia 2014

#4 good vs right

I znów stałem się małym szczeniaczkiem, kotem uganiającym za myszą, pantoflem, pieprzoną Attachment Barbie, ślepą na wszelkie sygnały. Call it whatever you want. Nawet nie wiem jakim cudem to wszystko tak szybko eskalowało, zarówno od racjonalnego wycofanego podejścia sprzed dwóch miesięcy, albo nawet tego powątpiewającego sprzed miesiąca. Dopiero teraz, w sytuacji podbramkowej zaczynam powoli otwierać oczy. Ale jak zwykle, tylko i wyłącznie ja, sam sobie jestem winny tego stanu rzeczy.

Tak, tak, powiedzcie mi wszyscy, że znów Go usprawiedliwiam (jak wszystkie poprzedzające go egzemplarze) – i o ile nawet mnie taka myśl przeszła przez głowę, to szczerze mówiąc nijak się ona ma do rzeczywistości.

Od samego początku wiedziałem w co się pakuję, wiedziałem, że jest mimo wszystko typem samotnika, ba, nawet ostatnio sam stwierdził, że ja chyba ogólnie pragnę bardziej. Już wtedy powinienem był się ocknąć. Ale jakoś wtedy mi to nie przeszkadzało, ba, nawet temu nie przeczyłem. Ale nawet mnie zdarzają się przebłyski logicznego myślenia. Jeden z nich nastąpił dziś, po blisko dwóch dniach kłótni z rodzicami. Będąc ślepo zapatrzonym w ten jakże wadliwy egzemplarz (ale to akurat najmniejsze z moich zmartwień, żaden nie jest bezusterkowy), ewidentnie żyjący przeszłością (może i mam paranoję, może i jestem zazdrosny, ale takie są fakty), jestem gotów odrzucić zagraniczne wojaże pełne przepychu na rzecz hipotetycznego wyjazdu do Niego, który może nawet nie mieć miejsca.

Tu znów nachodzi mnie refleksja innej natury – a może dojrzałem na tyle, że takie atrakcje nie są moim priorytetem? A może właśnie jestem na tyle niedojrzały, że wolę znów włożyć całą swą energię w coś co ma większe szanse na porażkę niż sukces? Sam już nie wiem...W idealnym świecie zdołałbym pogodzić wszystko, za czym postuluję w swoich dyskusjach z rodzicami. Tylko pozostaje pytanie – czy jest sens w ogóle próbować? Kiedy ewidentnie znów poczułem ogień pod tyłkiem, a głowę mam w chmurach...Tu znów powracają moje dywagacje na temat myślenia głową i sercem, które spędzały mi sen z powiek nie tak dawno temu. A co za tym idzie, rozróżnienie między tym co jest z założenia dobre, a tym co jest odpowiednie. Może rzeczywiście czas najwyższy żebym skupił się na sobie...i tylko sobie? Karolina ewidentnie rok temu idealnie trafiła w samo sedno, twierdząc iż za bardzo skupiam się na drugiej osobie...w dodatku wątpliwie na to zasługującej.

Tylko, że prawda jest taka, że z drugiej strony...tak jak już stwierdziłem niedawno, moja osoba zawsze będzie odczuwać o wiele większy żal, jeśli odpuści bez jakiejkolwiek walki, niż jeśli nawet by miała polec w boju. Doskonale wiem, że jeśli bez oglądania się na Niego i w ogóle nie przywoływania wątku mojego możliwego pobytu w Krakowie podczas długiego weekendu, zdecyduję się na wyjazd za granicę...to będzie mi niezmiernie ciężko...i to w dłuższej perspektywie.
Bo potem w konsekwencji właśnie znów, jakąkolwiek możliwą wizytę u Niego znów będę musiał odłożyć co najmniej do lipca, co będzie wymagało pokładów wytrwałości, biorąc pod uwagę fakt, że już od dobrego miesiąca myślę tylko o majówce...Albo co gorsza, jeśli tak jak w wypadku Maćka S. przez to odwlekanie całej sprawy ona się w ogóle nie ziści. Chociaż sądzę, że to akurat jest nieuniknione...

Najzabawniejsze jest to, że w obecnych okolicznościach obudziła się znów moja mściwa, żądna krwi natura. Na chwilę obecną odczuwam nieodpartą potrzebę 'dojebania' mu...żeby w efekcie znalazł się na moim miejscu (jako, że żaden z jego poprzedników tego nie doświadczył, ach, nie ma to jak kumulowany przez lata gniew i żal do płci brzydkiej). Niby w jaki sposób? Ano w taki, iż napomknąłbym mu o moich potencjalnych planach wizyty, tylko po to, żeby stwierdzić, iż są one już nieaktualne. Jestem ciekaw jak On by się wtedy poczuł i co by mi powiedział...Bo ja naprawdę ostatnimi czasy walczę z całych sił, żeby w końcu coś się zmieniło – jednocześnie psując sobie, jak i moim rodzicom nerwy. Jestem pewien, że nawet nie próbowałby mnie powstrzymać, jakkolwiek by to się nie miało na naszej relacji odbić...A ja znów jak ta słodka idiotka z rom-com chciałbym, że by było na odwrót. Gdyby choć w połowie starał się tak jak ja...to ta relacja naprawdę by rozkwitła...No ale przecież nie może być zbyt słodko.

Sam już nie wiem co mam myśleć, wiem jedynie, iż mimo jego zmiennego (w mojej głowie, ze względu na to, iż zachowuje się tak, a nie inaczej) podejścia do całej zaistniałej między nami sytuacji, rozumie mnie On tak jak nikt inny...Jest z zupełnie innej 'ligi' – i nie, nie jest idealny...jest w swojej całej złożoności i pokręceniu właśnie wyjątkowy – trochę taki Twisted Prince of Darkness. W swoim przekonaniu utwierdzam się zwłaszcza w momencie, gdy w takiej sytuacji, gdzie jestem sfrustrowany, takie osoby jak MSN po może stu wymienionych wiadomościach dokonują jakichś pełnych przekonania o swojej racji dogłębnych psychoanaliz mojej osoby, wywołując we mnie rechot wskazujący na to, iż są one co najmniej godne pożałowania.

Wszystkie te myśli i siła, którą na co dzień w walkę o to, a w wyniku walkę ze sobą, oraz z innymi wynikają własnie z mojego przekonania o tym, iż naprawdę jest to wyjątkowa relacja...na dobre i złe (och, zrobiło się tak poetycko, że aż chyba zacznę pisać przysięgę)...i nie chcę odpuścić. Zobaczymy czy będę musiał...i w jakim stopniu.


Czy to już czas na resuscytację? Albo co najmniej na viagrę, stosując tą niecodzienną metaforę Coreya Taylora? No i co do cholery może być tą viagrą, tym game-changerem, którego tak z utęsknieniem wyczekuję...podejrzewam, iż właśnie moja wizyta...Tylko, że w momencie kiedy, tak jak ojciec właściwie zauważył, druga strona się nie pali do doprowadzenia jej do skutku...to mnie też niestety zapał maleje i cały w gniewie ogłaszam w swej głowie kolejną porażkę, znów przekreślając cały rodzaj męski i skłaniam się ku wyborowi użycia rozumu i zwyczajnego korzystania z życia bez zobowiązań jak na mój wiek przystało. Jebany mindfuck i overthinking. Chyba tak zatytułuję swoje pierwsze dzieło, ha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz